RECENZJE

"...córka Fizdejki" w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu

"Po staremu, po swojemu"

« Klacie udała się sprawa podstawowa: współczesność nie jest obcym ciałem, implantem na sztuce Witkacego, teatralnym przebraniem. Współczesność nie jest też hasłem. Klata jest naprawdę wrażliwy na to, co dzieje się wokół; nie jest mu obojętne przede wszystkim miejsce, w którym tworzy spektakl. Wałbrzych to nie tylko ponure, ciągnące się w nieskończoność, chaotycznie zabudowane przemysłowe miasto o wysokim bezrobociu, ale i miasto poniemieckie. Tutaj inaczej niż gdzie indziej brzmi kwestia zetknięcia się dwóch cywilizacji - barbarzyńskiej litewskiej i zachodniej neokrzyżackiej, z czego powstać miałaby nowa jakość, sztuczny twór państwowy mogący zaspokoić metafizyczne pragnienia Witkacowskich bohaterów. A ten, kto wysiadł na zapyziałej stacji Wałbrzych Miasto i przeszedł się parę kilometrów do owego miasta, doceni czysty i nowoczesny Wałbrzych Airport, scenerię ostatnich scen przedstawienia. Miejsce, z którego można tylko odlecieć, za to do Nowego Jorku, Rzymu, Berlina, jak głoszą tablice. Tablic z przylotami nie ma. A choć Witkacy - jak to on - kreuje w swojej sztuce świat odległy od realizmu, nie należy zapominać, że miał niezwykłe wyczucie procesów historycznych i społecznych. I wydaje się, że Klata jakimś sposobem dotarł do impulsu, który był przyczyną napisania przez Witkacego Janulki. Nie zajął się po prostu wystawieniem dramatu, nie interesowały go też problemy formalne, szukanie "sposobu na Witkacego". Witkacy dla Klaty nie jest autorem specjalnej troski. Bohaterowie . córki Fizdejki stracili trochę witkacowskiej klasy, zdegradowali się społecznie. Ale taka klasa, jakie czasy. Bohaterowie Witkacego, tkwiący w pętli czasu, gdzie nie wiadomo, czy to wiek XIV, czy XXIII (w spektaklu - XXI), też odczuwali własne zdegradowanie - nie byli już prawdziwymi książętami i rycerzami dawnych czasów, ale uczestnikami maskarady, co prawda o filozoficznych założeniach, ale maskarady. W spektaklu Klaty prawdziwi rycerze krzyżaccy i książęta litewscy widnieją jak wyrzut sumienia na Bitwie pod Grunwaldem Matejki, wypełniającej horyzont sceny. Fizdejko usiłuje sprostać tej narzucającej się obecności, niezgrabnym, zdyszanym cwałem wśród śpiących bojarów w rytm Chopina odgrywając sceny z obrazów Matejki (i nie tylko - jest tu też skok Wałęsy przez mur). Ten przyspieszony kurs historii Polski, a raczej tego, co dawna i nowa kultura obrazkowa wbiła nam do głów, jest bardzo śmieszny, ale i upiorny. Tak śmieszny i upiorny, jak rozpoczynający spektakl koślawy bocian z butaforki, chybotliwie polatujący nad "ludem, co we śnie leży", czyli wałbrzyskimi bezrobotnymi zatrudnionymi do ról bojarów. To z tych polskich symboli mamy być dumni, z naszych boćków, naszych zwycięstw, naszego wkładu w historię, a także z naszej siły duchowej w obliczu przeciwności (Rejtan). Ale symbole straciły energię, zwyrodniały, bieg Fizdejki przez historię to tylko żałosna maskarada, taka jak ta, w którą wepchnął swoich bohaterów Witkacy. Tyle że sampler Klata pokazał ją, stworzył na nowo z tego, co wygrzebał w podświadomości narodowej - bez szacunku, co nie znaczy, że z dystansem. Dystansu tu nie ma, nasz śmietnik jest przecież też śmietnikiem Klaty, a wydostaje on stamtąd rozmaite zdumiewające zdobycze. Pieśń, która miała skłonić nas do wejścia do Unii, umieszczoną na dołączonej do "Gazety Wyborczej" płycie (700 tysięcy nakładu), niewyobrażalnie tandetną, z prymitywną muzyką, chórkami i refrenem: "Zrób krok do przodu, zrób ważny krok, otwórzmy razem drzwi dla nadziei". Nie wiem, czy dzieło to, towarzyszące przemówieniu prezydenta, traktatowi akcesyjnemu tudzież hymnom Polski i Unii, skłoniło kogoś do głosowania na "tak", ale zapewne zostało stworzone z myślą o szerokich masach. Czyli według wyobrażeń o tym, co przeciętny Polak lubi w muzyce. Polak lubi też Edytę Górniak, więc u Klaty mamy Mazurka Dąbrowskiego w pamiętnym wykonaniu owej diwy. O tych zawstydzających - a szeroko rozpowszechnionych - przejawach złego gustu chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. W spektaklu współtworzą nieprzyjemny obraz Polski, razem z przypalonym bigosem, którym Janulka karmi Wielkiego Mistrza, jej koszulką z napisem "Restituta" czy finałową czarną grottgerowską suknią. Witkacowska pętla czasu, miejsce końca historii, jałowego jej biegu, przybiera u Klaty różne tonacje. Śmieszne, zjadliwe, wstydliwe - ale też przerażające. Potwory, które przywozi ze sobą Der Zipfel (u Witkacego "czarownik z bajki", u Klaty całkiem logicznie czarownik z komiksu) to więźniowie obozu koncentracyjnego w przepisowych pasiakach. Upiory przeszłości, wciąż żywej, niezałatwionej, niepogrzebanej. Bolesnej - także dlatego, że inaczej rozumianej w Polsce, inaczej w "neokrzyżackim" świecie. Niedawna afera z "polskimi obozami koncentracyjnymi", jak pisano w poważnych zachodnich dziennikach przy okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz, najlepszym tego dowodem. Neokrzyżacy są tutaj unijnymi urzędnikami, w szarych garniturach i z walizkami. Wchodzą, spoglądają rytmicznie na zegarki (trzeba szybko wprowadzić cywilizację, a także kontrolować własną formę w litewskim bezformiu). Wielki Mistrz z demonicznie automatycznym śmiechem demonstruje plansze ze znakami towarowymi Boscha, Mercedesa, Bayera i portrety Dürera, Kanta, Goethego, Manna. Przywieziona w walizce cywilizacja dla ciała i dla ducha. Przyglądają się temu leniwie bojarzy, każdy uzbrojony w niższe, zużyte przejawy tej cywilizacji: ciuchy ze szmateksu i torby z logo Biedronki czy Alberta. Jakoś te dwie kultury trzeba połączyć, ale nie takie to proste. Żadna z nich nie ma już mocy, neokrzyżacy utknęli w tym samym końcu historii co Litwinopolacy, a Wielki Mistrz tak samo nie ma nic wspólnego z von Jungingenem z obrazu Matejki, jak Fizdejko z Witoldem. Nawet nie da się wciągnąć unijnej flagi na maszt - flaga wędruje i wędruje w górę, gdzieś w nieskończoność, znika z oczu, jest już nie tylko nad sceną, ale i nad teatrem, Wałbrzychem, światem. W końcu spada. Ustawieni szeregiem bojarzy uczeni są hymnu Unii, ale podniosłe słowa Schillera o tym, że wszyscy ludzie będą braćmi, tracą sens i urodę, bo każdy z bojarów ma do wypowiedzenia jedną sylabę w rytmie "kolejno, odlicz". Mistrz w końcu traci cywilizacyjną formę, romans z Janulką doprowadza do tego, że wygląda jak Litwinopolak, z reklamówką Biedronki w garści i przypalonym bigosem w żołądku. "Nowe państwo największej dziczy złączonej z najwyższą kulturą"? Nie udało się. W ostatniej scenie spektaklu widzimy tłum radosnych, rzucających się sobie w objęcia ludzi. Jednak wszyscy ludzie będą braćmi? Może; tyle że są oni w oświęcimskich pasiakach. (...) Gdy reżyser ma talent do wydobywania z rzeczywistości spraw ważnych, bolesnych, nieprzyjemnych i jeszcze potrafi włączyć w to myśl autora nie jako alibi, lecz podstawę konstrukcji spektaklu, powstaje przedstawienie może nierówne, ale za to istotne. »

Joanna Targoń, "Didaskalia" nr 67-68/2004

"Pochwała niepoprawności"

« "...córka Fizdejki" jest najbardziej skondensowanym koncentratem niepoprawności politycznej, jaki można sobie wyobrazić w dzisiejszym polskim teatrze. Politycznej niepoprawności politycznej. Piekielnie ostrą brzytwą Klata chlasta Polskę i Polaków, naszą nową europejską ojczyznę i tak zwany Zachód, w spektaklu reprezentowany przez naszych niemieckich sąsiadów. (...) Tym razem Klata zaznaczył nawet na afiszu, że zrobił przedstawienie według dramatu Witkacego. (...) Horyzont wałbrzyskiej sceny wypełnia "Bitwa pod Grunwaldem" Matejki. Podłoga usłana jest ciałami śpiących Litwinów, a raczej tak zwanych Litwinów, bo ani przez chwilę nie ma wątpliwości, jaki to kraj jest miejscem akcji tego spektaklu. Nad sceną pojawia się bocian. Makabryczny, jak ze złego snu o teatralnych pracowniach dekoratorskich, za to ogromny. Uwiązany na sznurkach, smętnie polatuje nad pogrążoną w śnie ludnością. Bocian budzi Fizdejkę (Wiesław Cichy) i budzi, rzecz jasna, jego zachwyt. Przywołuje też wspomnianą już pieśń, mającą poprowadzić Polaków do Unii. Fizdejka pije wódkę, a jakże, i rozprawia o "ostatniej epoce", w której przyszło mu żyć. Umierająca żona Fizdejki Elza (Lidia Michałuszek) metafizykuje błazeńsko, ponad nudę i gnuśność epoki poza czasem wynosząc ewentualną możliwość artystyczną, pojmowaną jako "szczątkowy indywidualizm w ogóle": "wasze życia są cudownymi, tęczowymi haftami na szarym tle naszego złowrogiego w swej nudzie przemijania". Współczesne, utrzymane w nienagannie złym guście i bezbłędnym braku smaku kostiumy (kniaziowska marynarka Fizdejki w pogłębionym kolorze morskim!) wzmacniają groteskowość sytuacji. W końcu wstaną też śpiący bojarzy. Do tych ról Klata zaprosił wałbrzyskich bezrobotnych; niektórzy z nich są także bezdomni. Ich naturalna obecność natychmiast przerasta teatr, który zaczął się już dziać. Wąsaci, z listą ponurych doświadczeń wypisanych na twarzy, ubrani w stylu dresiarsko-menelskim, dzierżą w rękach plastikowe torby reklamowe. To jedyna rzecz, którą udało im się wyrwać z nowej rzeczywistości: foliowy ochłap z żabki, alberta, reala, biedronki. Godne twarze w paskudnych strojach. Tu przedstawienie Klaty zaczyna się robić dojmująco przykre i przekracza dramat Witkacego. Polska współczesna, jak powiedziałby Wyspiański, którego przywołuję nie bez powodu, bo zamiar Klaty jest z ducha Wyspiańskiego, a nie Witkacego. Jego spektakl jest symboliczną sztuką portretującą nową Polskę. (...) Za chwilę na scenie pojawią się reprezentanci Neo-Krzyżaków, europejskiej biurokracji, pompowanego entuzjazmu, nieszczerych układów i możliwości korupcyjnej. Ich zadanie jest proste: pozyskać Fizdejkę. Reszta się nie liczy. Wkraczają na scenę w prostych, eleganckich garniturach taszcząc walizy na kółkach. Co chwila potrząsają zegarkami, nerwowi, spięci, ale skuteczni. Jeden z pomocników Mistrza oplata scenę kablami podłączonymi do detonatora. Mistrz (Hubert Zduniak) wyciąga tymczasem z walizki prezenty dla Litwinów. Na tekturowych planszach podobizny Kanta, Dürera i Goethego przeplatane znakami towarowymi Boscha, Bayera, Mercedesa, Lufthansy. Bojarzy stoją nieporuszeni trzymając przed sobą swoje kolorowe torby. Za chwilę na scenę wkroczy Janulka (Karolina Adamczyk). Deal zaczyna się dopełniać. Fizdejka intonuje rytmiczne "jacy tacy". Na naszych zdumionych oczach powstaje nowe państwo. Brakuje jeszcze naczelnika seansów Der Zipfela (Andrzej Szubski); w ciemnej krynolinie z białą ni to brodą, ni to kryzą chodzi na kolanach, co nadaje jego ruchom wielką tajemniczość, na głowie nosi spiczastą czapkę czarnoksiężnika ozdobioną złotymi swastykami. I potworów (Ryszard Węgrzyn, Włodzimierz Wróbel). Ci u Klaty występują w oświęcimskich pasiakach, upiorna reminiscencja z przeszłości. Głodne potwory karmi się chipsami, które przeraźliwie chrupią. Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi? Potwornymi umarłymi? Panoptikum "Polska współczesna", to samo, w którym na co dzień żyjemy, udając jakąś inną, lepszą cywilizację. Rozmowy rozpoznawczo-zaczepne Fizdejki z Mistrzem znów wprowadzają ton komiczny. Brak wspólnego języka zmusza Fizdejkę do żałosnych pantomim. Pogawędki o prawdziwych technikach urojonego życia przeplatają dialogi, jak ten nad fotografiami. Fizdejka pokazuje zdjęcie Mistrzowi. Ten pyta: "Du?" Odpowiedź: "Ja!". Zbliża się centralna scena spektaklu. Fizdejkę nosi. Odbył już jeden szkaradny lot, zakończony stwierdzeniem: "Orzeł wylądował", tocząc po scenie swoje spore ciało i machając rękami. Teraz napompuje się i uniesie do lotu, w którym przedstawi skrócone dzieje Polski. Arcykomiczna pantomima galopuje w porządku chronologicznym przez zdarzenia utrwalone przede wszystkim na płótnach Matejki, czyli w naszym zbiorowym muzeum narodowej wyobraźni. Czasami bojarzy wstają z ziemi, by pomóc w realizacji Rejtana czy Hołdu Pruskiego. Historyczny lot kończy skok Wałęsy przez mur (Fizdejka w tym spektaklu jest fizycznie do Wałęsy mocno podobny). Fizdejka pada z westchnieniem "przesiliłem się". A jego córka spaceruje już po scenie w koszulce z napisem "Restituta". Pojawi się też Hamlet Polski jak z obrazu Malczewskiego. Symbolika zaczyna rozsadzać spektakl. Za chwilę nastąpi uroczyste przyjęcie do Unii. Flaga wciągnięta na maszt wędruje gdzieś bardzo wysoko, ponad scenę, znika z oczu wpatrzonych w nią bojarów, których eurospecjaliści uczą tekstu eurohymnu. Każdy z bojarów ma do wypowiedzenia po jednym słowie, co czyni całą deklamację pokraczną. Fizdejka wykrzykuje, że został spreparowany. Bojarzy zabijają się, waląc nawzajem po głowach foliowymi torbami. Mistrz, będący mężem Janulki, zaczyna przybierać litewski wygląd, nosi już swoją foliową torbę. Janulka gotuje, a właściwie przypala dla niego okrutnie aromatyczny bigos. Smród wypełnia cały teatr. Edyta Górniak śpiewa hymn. Jedynym wyjściem, żeby jakoś skończyć to rozpełzające się misterium nicości, a wręcz nihilizmu, jest rozpylenie gazów depresyjnych, które według tekstu mają pokonać opornych. W ostatniej odsłonie na scenie pojawia się czysty i jasny walbrzych airport. Świecą tabliczki z numerami gejtów, jest też tablica z departuresami (żadnych przylotów!) do Rzymu, Nowego Jorku, Berlina. Fizdejkowie odlatują. Mistrz popełnia samobójstwo. Społeczeństwo zbydlęca się całkowicie. Janulka w żałobie narodowej, z czerwonym kotylionem, poszukuje różowego bubka na męża. W epilogu aktorzy wychodzą na scenę w oświęcimskich pasiakach i padają sobie w objęcia. Krajobraz po bitwie? Klata jako reżyser tej ponurej wizji zachowuje się niezwykle perwersyjnie, biegle posługując się cytatami z teatru niemieckiego. Bezbronni i głupkowaci eurourzędnicy ze spektaklu Marthalera "Specjaliści", którzy tam byli materiałem na łatwe ofiary, tu stają się beznamiętnymi kolonizatorami. Tkacze ze spektaklu Castorfa, cierpiący tam na przesyt, przekarmienie odpadami komercji, tu stają się niepokojącym niemym chórem nieprzewidywalnych bojarów. Przypalona jajecznica z "Endstation Amerika" zamienia się w cuchnący narodowy bigos. To nie są zapożyczenia, to pastisze. Jesteśmy w teatralnej Europie i zaczynamy ważną dyskusję z jej najmocniejszymi przejawami, pokazując, jak to samo staje się czymś zupełnie innym i zaczyna własne życie. Drastyczna i prowokacyjna, ale gruntownie przemyślana wizja dziejów Klaty ma jeszcze jedną mocną cechę. To jest właściwie proroctwo. Anachroniczność zarysowana przez Witkacego zostaje skrzętnie wykorzystana. Na pierwszy rzut oka wszystko dzieje się tu i teraz, co buduje wymiar społeczny spektaklu. Ale po jakimś czasie narzuca się przekonanie, że właśnie teraźniejszość jest jedynym czasem nieobecnym w przedstawieniu. Mamy przeszłość i przyszłość, a raczej ponury fantazmat przyszłości. Teraźniejszości nie ma w spektaklu tak samo, jak nie ma jej w nas. Skorumpowany Fizdejka, ogłupiali bojarzy, rozpasana Janulka, cyniczny Mistrz, okrutni eurokraci, Europa jako Auschwitz. Polska jako burdel pełen ckliwych historycznych pamiątek. Tytuł spektaklu wypisany solidarycą. Takie obrazy zostawia w głowie świetny spektakl Klaty. Będący jak krzyk podniesiony w zapomnianym i lekceważonym Wałbrzychu. A przecież Wałbrzych to Polska właśnie. Można się z tak ostrym widzeniem nie zgadzać, zgoda zresztą jest niebezpieczna i niesie ze sobą nieprzewidziane skutki. Ale nie można nie zgodzić się z tym, co wyłazi spod odpryskującego unijnego lakieru. Europa nie jest żadnym projektem ideowym, to tylko projekt ekonomiczny. A jako taki może być niezwykle deprawujący i doprowadzić do postaw nihilistycznych. Ciąg dalszy chyba znamy. »

Piotr Gruszczyński, "Tygodnik Powszechny" nr 7, 13 lutego 2005

"Współcześni niewolnicy historii i stereotypów"

« To szokujący pamflet na nowych i starych Europejczyków. Pierwszym odruchem na to przedstawienie jest protest: przecież rzeczywistość nie jest taka: brudna, spotworniała, karykaturalnie wykoślawiona. Przecież wejście Polski do Unii Europejskiej jest wielkim sukcesem, na który pracowało wiele pokoleń. Tymczasem trzydziestoletni reżyser, należący do generacji, która najwięcej zyskała na politycznych przemianach ostatniego piętnastolecia, szydzi z polskich nadziei, związanych z Europą! W jego spektaklu, opartym na sztuce Witkacego nasze wejście do Unii wygląda tak: do polskiej dziczy przybywają cyniczni specjaliści zza Odry, aby zaprowadzić Ordnung. Ubrani w garnitury od Bossa, w lotniczych walizkach wiozą szyldy niemieckich koncernów: Boscha, Siemensa i innych, wymieszane dla niepoznaki z portretami wybitnych niemieckich myślicieli Kanta i Goethego. Czeka na nich komitet powitalny złożony z kilkunastu biedaków w znoszonych ubraniach, z wypchanymi reklamówkami z supermarketów. Wyglądają jak bezdomni w kolejce po darmową zupę. W ramach europeizacji uczą się "Ody do radości", ale słowa hymnu europejskiego powtarzają karnie, jak żołnierze odliczający w szeregu. Litwa, czyli Polska Ten obraz stosunków polsko-niemieckich wydaje się być żywcem wyjęty z radiowych pogadanek Ojca Dyrektora i przemówień jego parlamentarnych akolitów. Czyżby Jan Klata zwariował i robił kampanię antyunijną pół roku po zwycięskim referendum? Nie, bo to przedstawienie, choć dotyczy dzisiejszej Polski, nie jest głosem polityka ale artysty, który nie stoi po żadnej ze stron. "... córka Fizdejki" to próba nazwania dzisiejszego stanu świadomości Europejczyków po obu stronach dawnego muru. A zarazem pamflet na nową i starą Europę, rzucające się sobie w objęcia. Dramat, którym posłużył się reżyser jest to tego znakomitym materiałem: "Janulka, córka Fizdejki" z 1923 roku opowiada o zderzeniu dwóch cywilizacji i wynikającym z niego społecznym przełomie. W oryginale rzecz dzieje się na wyimaginowanej Litwie, którą w XXIII wieku najeżdżają neokrzyżacy pod wodzą wielkiego mistrza Gottfrieda. Próby cywilizowania "litewskiej" dziczy kończą się niepowodzeniem: pod wpływem tubylców najeźdźcy ulegają zbydlęceniu, a wielki mistrz strzela sobie w łeb. (...) Klata przełożył na dzisiejsze realia zderzenie słowiańskiej spolegliwości z niemieckim wyrachowaniem. W szokujący sposób użył narodowych stereotypów: Niemcy mają u niego cechy cyborgów, skrzyżowanych z bohaterami reklam szwajcarskich zegarków. Razem z walizkami ciągną za sobą widma przeszłości: towarzyszące "neokrzyżakom" potwory to ubrani w pasiaki więźniowie obozu koncentracyjnego, dopominający się nieustannie jedzenia. Klata nie oszczędza również Polaków, których pokazuje tak, jak ich widzą Niemcy: pijanych, obdartych, obżerających się bigosem. Nie roztkliwia się nad losem ofiar, ale uderza w polską miłość do romantycznej tradycji: Wiesław Cichy jako kniaź Fizdejko, przywódca "Litwinów" ma wielką scenę pantomimy, w której parodiuje sceny z polskiej historii: udaje króla Zygmunta Starego, przyjmującego Hołd Pruski i Rejtana, który zasłania gołą piersią drogę na zdradziecki Sejm, jest sienkiewiczowskim husarzem, galopującym przez pola bitewne i Piłdsudskim, podkręcającym wąsa. A jednocześnie nie przestaje być przeciętnym urzędniczyną w pomiętej koszuli. Główną myślą przedstawienia jest pokazanie obu narodów jako więźniów historii, która nie pozwala na prawdziwy dialog. Symbolem przeszłości, od której nie można się uwolnić jest wisząca nad sceną kopia "Bitwy pod Grunwaldem". "Jesteśmy zawieszeni w czasie, jednocześnie w XV i XXI wieku" - mówi jeden z bohaterów. Ten cytat mógłby posłużyć za klucz do całego przedstawienia. To opowieść o dwóch narodach, zamkniętych w jednej szafie ze swoimi trupami. O traumie wzajemnych uprzedzeń, która nie wygasa pół wieku po wojnie i wyraża się w zdarzeniach tak banalnych, jak skandal z polską flagą z naszytą reklamą sponsora, którą wymachiwał austriacki trener naszego Orła i tak poważnych, jak spór o wypędzonych. (...) "... córka Fizdejki" to zarazem wielkie widowisko, eksplodujące mieszanką cytatów z kultury wysokiej i masowej. Klata używa wziętej z Witkacego metody groteskowych asocjacji, niczym didżej łączy hymn narodowy w tandetnym wykonaniu Edyty Górniak z kiczowatą piosenką "Jestem na tak" z referendum europejskiego, w warstwie wizualnej zderza ikonę Matejki z cytatami z komiksu "Achtung Zelig!" swojego rówieśnika, Krzysztofa Gawronkiewicza. Spektakl młodego reżysera jest wyrazem tej samej nieufności wobec historii, co komiks Gawronkiewicza, opowiadający o wojnie i Holocauście w konwencji surrealistycznej wizji, gdzie oddział SS pod dowództwem czarodzieja w spiczastej czapce ze swastykami tropi przybyszów z innej planety. Pokolenie, które wojnę zna z filmów o Klossie i czterech pancernych stawia na gruzach XX wieku pytania o przyszłość tej części Europy. Czy rozegra się tu kolejna "bitwa pod Grunwaldem"? Czy powstanie nowy, zbydlęcony świat z wizji Witkacego? Czy jakaś inna forma współistnienia? Są to pytania, nad którymi warto myśleć nie tylko w teatrze. »

Roman Pawłowski, "Gazeta Wyborcza nr 299", 22 grudnia

"Janulka i Alex"

« Fizdejko otrzymał rysy jowialnego polityka polskiego odgrywającego epizody z narodowej historii przy muzyce Chopina i słuchającego "Mazurka Dąbrowskiego" śpiewanego przez Edytę Górniak. Jego poddanymi są przedwcześnie postarzali, utrzymujący się z rent lub zasiłków mężczyźni w zniszczonych ubraniach, lecz z kolorowymi torbami z supermarketów w dłoniach. Wielki Mistrz Krzyżacki Gottfried von und zu Berchtoldingen stał się aroganckim komisarzem unijnym w eleganckim garniturze, który prezentuje na zmianę znaki firmowe koncernów niemieckich i portrety Dürera, Goethego czy Kanta. Ale z Niemcami przybywają też dwa Potwory - więźniowie obozu w Gross-Rosen w pasiakach, którzy zaspokajają głód chipsami. Zaczyna się ceremoniał towarzyszący akcesji. Janulka Fizdejkówna wykonuje na flecie finał "IX Symfonii" Beethovena, gdy jej ojciec z Gottfriedem, przecinając wstęgę, likwiduje międzypaństwową granicę. Flaga unijna jest wciągana na maszt, po czym spada na ziemię, zmięta jak szmata. Przyjmowani do Europy barbarzyńcy recytują na wspak "Odę do radości" Schillera ustawieni jak na karnym apelu. Następnie mordują się, waląc po głowach plastikowymi torbami. Demoniczny karzeł Der Zipfel poleca wypuścić z butli gazy depresyjne. W ostatnim akcie - toczącym się w nowoczesnej hali Airport Wałbrzych - następuje załamanie integracji. Gottfried, który w rezultacie beznadziejnej miłości do Janulki upodobnił się do tubylców, strzela sobie w skroń z pistoletu. Janulka objawia się w czarnej sukni z okresu rozbiorów i deklaruje, iż pragnie zostać Matką-Polką. Wałbrzyszanie zaś przywdziewają obozowe pasiaki, godząc na status pariasów Europy, i padają sobie w ramiona. Klata podważył natrętną propagandę euroentuzjastów, zderzając ją z realiami prowincjonalnego miasta pogrążonego w ekonomicznej zapaści. Ujawnił też fobie związane z możliwością powrotu Niemców na Śląsk. Odsłonił kryzys tożsamości narodowej rozdartej między demonstrowaniem dumy i obroną stanu posiadania a kompleksem niższości i kapitulacją. »

Rafał Węgrzyniak, "Odra" nr 6, czerwiec 2004

"Po co Hamletowi komórka?"

« Spektakl wygląda właściwie jak agitka któregoś z populistycznych tałatajstw partyjnych. Różni się brakiem demagogii i cynizmu. Nie ma tu oskarżenia, jadu i chęci rewanżu na nie wiadomo kim, nie ma agitacji, choć jest wściekłość, nie ma schlebiania (wałbrzyskim bezrobotnym też nie!) -jest tylko przerażenie. Klata z imponującą odwagą zrywa bandaże poprawności, odsłaniając rany społeczne - by pokazać, że są i bolą. Nie pierwszy raz gna go w polityczność: już w gdańskim "H" w opustoszałej stoczni czynił z Ducha Ojca husarza na polskich skrzydłach. Szekspirowski "Hamlet" z bólem jednak dawał się redukować do krytyki bezideowości postsolidarnościowego establishmentu. Witkacy jest pod tym względem bardziej plastyczny (a Janusz Degler, dyżurny witkacolog kraju, znów będzie miał satysfakcję widząc, jak myśl wizjonera sprawdza się na kolejnym zakręcie dziejów). Chciałoby się, żeby to był początek rozmowy, raz wreszcie nierozpiętej między poprawnościowym lukrem a demagogią. Wizja Klaty prosi się przecież o kontrwizję. Czy jednak wolno liczyć w teatrze na luksus takiej debaty, skoro nie stać na nią rzeczywistości? »

Jacek Sieradzki, "Polityka" nr 7, 19 lutego 2005

"Witkac-show"

« Jan Klata jak rasowy teatralny mag dał widzom show: ekscytująco oświetlony, zasnuty dymami, pełen wyrazistych postaci i błyskotliwych gagów. "...córka Fizdejki" to klipowa, błyskawicznie tasowana na scenie historia obrazkowa. Klata teleportował migawki i strzępy postaci z Witkacego do epoki wideoklipów. Jego wielki mistrz wwozi w walizach cywilizację, jakby miał otworzyć w Wałbrzychu specjalną strefę ekonomiczną. Tasuje przed oczami widzów karty z logo wielkich niemieckich koncernów na zmianę z autoportretem Dürera. (...) Smaczków, cytatów, zabaw z obrazami polskiej kultury można tu znaleźć dziesiątki. Intryguje lawa obrazów w strumieniach rozszalałych reflektorów i w głośnej, agresywnej muzyce zniekształcającej Chopina równie łatwo jak "Je?taime" Gainsbourga czy refren grupy Rammstein. Intrygują postaci. Powiatowy władca w sugestywnej interpretacji Cichego, Pełen mechanicznych grymasów Gottfried Huberta Zduniaka, czarujący w gombrowiczowskim pojedynku na śmiechy polityków-cyników. Harrypotterowy Der Zipfel Andrzeja Szubskiego - mag totalitaryzmu, któremu ulegają wszyscy bohaterowie. Ściskająca za gardło pantomima upiorów z obozu koncentracyjnego - absurdalni pożeracze chipsów, a zarazem demony przeszłości (Ryszard Węgrzyn i kapitalny Włodzimierz Wróbel). W tym niezwykle dynamicznym show reżyser odziera nas ze złudzeń. Jest przy tym zdumiewająco wierny autorowi "Janulki". Jeśli nie ma religii, osobowości, władzy - powiada - pozostają frazesy, skorupy, stereotypy. »

Leszek Pułka, "Gazeta Wyborcza ? Wrocław" nr 297, 20 grudnia

"Po toruńskim Kontakcie"

« Klata nie dopowiada, czy połączenie Litwinów z Nowo-Krzyżakami jest dla obu stron wartością czy zagrożeniem. Demaskuje jednak poddańczy mechanizm tego wstąpienia. Dotkliwie, a przy tym niezwykle dowcipnie obchodzi się z narodowymi symbolami, wchłoniętymi przez gąbkę popkultury. Nawet oświęcimskie pasiaki stają się w przedstawieniu Klaty narodowymi upiorami, które próbują obciążać naszą europejskość. To celna obserwacja polskiej rzeczywistości pełnej hipokryzji. Reżyser ostro atakuje nic nie znaczące frazesy, do których w Polsce właściwie jesteśmy przyzwyczajeni. Świetnym pomysłem jest także obsadzenie w roli litewskich bojarów bezrobotnych mieszkańców Wałbrzycha, którzy zamiast zbroi trzymają reklamówki z "Realu" i "Biedronki". Kiedy władza nie wie, co z nimi zrobić, nakazuje im wybijać się nawzajem. Oto nasi współcześni bojarzy, pozostawieni samym sobie, koczujący na dworcach i w noclegowniach. "...córka Fizdejki" Jana Klaty może irytować, wydawać się zbyt nachalna i tendencyjna. Inną sprawą jest złe aktorstwo, bo właściwie chyba tylko w przypadku Wiesława Cichego można mówić o ciekawej roli. Nie sposób jednak pozostać na to przedstawienie obojętnym. I to jego największa zaleta. Jest buntem przeciwko teatrowi, stającemu się kółkiem wzajemnej adoracji w letniej atmosferze. Dlatego dobrze, że mamy kogoś takiego jak Jan Klata - zaczepnego, buntowniczego i obrazoburczego, który niczym Sokrates, jak giez kąsa ospałe krowy... »

Paweł Sztarbowski, www.e-tatr.pl, 25 maja 2005

"Klata w częściach"

« Dziewięć nieprawdopodobnie trafnych uwag na temat teatru Jana Klaty aktualnych tuż po premierze "córki Fizdejki", a może nawet parę miesięcy dłużej: 1. Spektakle Klaty są zawsze pasożytami na tekstach. Reżyser Witkacego nie interpretuje, nie odkrywa, nie rekonstruuje jego światopoglądu, tylko wyciąga z marniutkiej sztuki tyle świeżości i sensu, ile da się wyciągnąć dziś. 2. Jan Klata nie ma wątpliwości, nie szuka w teatrze odpowiedzi, ale prezentuje swój stosunek do tego, co najważniejsze: polityki, historii, odpowiedzialności i wiary. Nowy spektakl zaczyna się w punkcie zakończenia poprzedniego. Stąd wałbrzyską "córkę Fizdejki" można traktować jako sequel do "Rewizora". Gogol został rozegrany w realiach polski gierkowskiej, Witkacy - w dzisiejszej Polsce. 3. Teatr zawsze idzie u Klaty równolegle z publicystyką. Kusi go forma kabaretu politycznego. Tym razem pisze wściekły pamflet na Polskę w Unii Europejskiej. Ale każdy znajdzie tu jakąś tezę pasującą do swego światopoglądu. 4 Spektakle Klaty najlepiej oglądać w miejscach, w których powstały. A przynajmniej pamiętać o lokalnym kontekście, specyfice publiczności, do której są skierowane. Reżyser zawsze rozmawia najpierw z nimi. Dlatego nie zrozumiesz dowcipu ze zbudowanym na scenie w finale przedstawienia meganowoczesnym "Wałbrzych Airport", jeśli nie przeszedłeś się ulicami tego podupadłego miasta. 5. Reżyser lubi potęgować znaki współczesności do absurdu. Nie kopiuje na scenie polskiej rzeczywistości, ale złośliwie ją preparuje, szukając stereotypowych gadżetów naszej nowoczesnej głupoty i narodowego nabzdyczenia: w spektaklu wykorzystuje m.in. nagranie polskiego hymnu w gospelowej wersji Edyty Górniak. 6. Klata nie chce, żeby widz się z nim zgadzał i potakiwał mu. W "córce Fizdejki" szokuje w tempie serii z karabinu maszynowego. Potwory z orszaku Wielkiego Mistrza neokrzyżaków to więźniowie z obozu koncentracyjnego przebrani w pasiaki z czerwonymi trójkącikami... 7. Dekoracje u Klaty wydają się być esencjonalnym komentarzem do inscenizowanego dramatu. W "córce Fizdejki" wisi na scenie Matejkowski Grunwald. 8. Przedstawienia Klaty nie są perfekcyjnie podomykane. Tu i tam sterczy jeszcze jakiś zadzior. Czasem w "córce Fizdejki" na krótką chwilę spada tempo, dialogi brzmią głucho, efekty i gagi przysłaniają jedną czy drugą mądrą frazę. Niedoróbki w żaden sposób nie unieważniają przesłania ani brawury wałbrzyskiej realizacji Witkacego. Po prostu reżyser - młodziak ciągle się uczy. Była jeszcze jedna niewiarygodnie trafna uwaga na temat Jana Klaty, ale niestety zapomniałem jaka. »

Łukasz Drewniak, "Foyer" nr 2 lutego 2005

"Kontakt 15, albo komu dygamy"

«Nie byłoby pewnie warto dłużej zatrzymywać się nad tym dość nudnym i niesprawnie zrobionym przedstawieniem - swoją konstrukcją i poczuciem humoru przypominającym mniej udane spektakle fuksówkowe w szkołach teatralnych - gdyby nie fakt dziwnie przeoczony przez fanów dzieła Jana Klaty. Otóż ów publicystyczny spektakl rozprawia się z naszym entuzjazmem po wejściu do Unii Europejskiej, korzystając z obrazu Niemców pokazanych jako zmodernizowane karykatury Adenauera straszące w naszym kraju ponad pół wieku temu na wszelkich antyimperialistycznych wiecach, tudzież owych upiorów przeszłości w oświęcimskich pasiakach. Wszystko przemawia tu najczarniejszym językiem antyenerefowskiej propagandy z czasów środkowego Gomułki. Czekałem, kiedy to reżyser odniesie się jeszcze do odwetowców z Bonn, wspomni Czaję oraz Hupkę. Nie doczekałem się i nie pojmuję, czemu Klata ze swoją demaskatorską pasją nie zajął się Eriką Steinbach. Choć może i ta była, tylko utonęła w tumanach wypuszczonego pod koniec przedstawienia gęstego dymu, który szczelnie wypełnił sale toruńskiego teatru. Wyszedłszy z tego przedstawienia, lekko pokasłując, przypominaliśmy sobie słynne brechtowskie zawołanie "Przestańcie puszczać dymy!" Znam parę osób, które oglądały spektakl Klaty podczas festiwalu w Opolu. Były zbulwersowane, mówiły coś o tupecie i braku rozsądku reżysera. Przesadzały. Jest to po prostu słabe przedstawienie, tyle że szkodliwe społecznie w swojej warstwie bezmyślowej. Podsyca bowiem najgorsze uprzedzenia, wzmacnia narodowe stereotypy. A międzynarodowe animozje to rzecz najmniej nam w tej chwili potrzebna. »

Tomasz Mościcki, "Odra" nr 10, październik 2005