[1][2][3][4][5][6][7][8]

RECENZJE

"Nakręcana pomarańcza" w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu

"Robić zło"

«Największym odkryciem Jana Klaty, który wystawił "Nakręcaną pomarańczę", jest to, że antyutopia wykreowana przez Anthony Burgessa 35 lat temu spełniła się. Nie do końca, bo nie opanowaliśmy skutecznych metod resocjalizacji przestępców, ale za to metody czynienia zła i bezinteresowna agresja stały się elementami codzienności. (...) I naprawdę nie ma znaczenia fakt, że członkowie gangu Alexa we wrocławskim przedstawieniu nie są dresiarzami czy kibolami, jakich widujemy na co dzień nie tylko na strasznych przedmieściach wielkich miast, ale także w ich centrach. (Dresiarstwo, jak wiadomo, ma także wymiar nowobogacki i niekoniecznie jest stylem życia najuboższych.) Niczego to nie polepsza ani nie zmiękcza. Kostium nie ma znaczenia, liczą się intencje i motywacje. (...) Zaczyna się w ciemności, od jednej z najsubtelniejszych arii operowych: "Casta Diva" z "Normy" Belliniego sączy się z ust Marii Callas jak ukojenie. Dynamizujący Beethoven Burgessa i Kubricka, czyli "IX symfonia", której rytm mógł napędzać do działania, zanika w niebiańskim brzmieniu. Kurtyna rozsuwa się powoli i majestatycznie, ukazując bar, w którym Alex (Eryk Lubos) i jego kompani piją swoje "drynki" i wprawiają staruszki - bywalczynie baru - w "trembling". Za szybą w szerokim obramieniu długi kontuar barowy z wysokimi stołkami. Alex i jego żołnierze siedzą półnadzy. Alex silnej budowy, z nieskazitelną muskulaturą, z ogoloną głową. Wygląda groźnie. Wszyscy mężczyźni noszą obcisłe prążkowane spodnie. Na kolanach i łokciach upięte skomplikowane systemy ochraniaczy, mające raczej dodawać mocy niż chronić przed kontuzją. Alex wygłasza swoje życiowe credo, czyli nieczystym językiem wyrzuca z siebie przekonania na temat zła i jego natury. Robić zło to znaczy być sobą. Zło jest wolnością, zdejmuje ograniczenia. Kolejne sceny będą szybką demonstracją tego, jak Alex realizuje swoją agresję, tworzy horror show, będący sensem jego życia. Na drugim biegunie robienia zła stoi muzyka, ta najczystsza, klasyczna, najbardziej sublimowana. Klata nie chciał robić spektaklu obyczajowego. Świadomość obcowania z antyutopią zrealizowaną jest wystarczająco czytelna już w pierwszych gestach reżysera. Dlatego natychmiast narzuca spektaklowi silne sformalizowanie, posługując się rytmicznym ruchem scenicznym jako środkiem wyrazu i sposobem na przeniesienie w bardziej ogólne rejony znaczeń. Formalizacja powoduje, że spektakl oddala się od dokumentalnej interwencyjności w sferę artystycznej umowności. Pamiętajmy też, że wszystkie przedstawienia Klaty osadzone są w muzyce. Stanowi ona równie ważny element spektaklu jak scenografia czy tekst. W "Nakręcanej pomarańczy" reżyser odszedł od "zadanej" przez Burgessa "IX symfonii" Beethovena. Rozmienił ją na wiele fragmentów muzycznych, równie wszechobecnych. Muzyka połączona z pantomimą (...) zamienia przedsięwzięcie w rodzaj mechanizmu, w którym wszystko jest nieodwołalne, ma z góry wyznaczony czas i miejsce. Tak jak w operze, gdzie muzyka narzuca swój rygor i swobodę reszcie teatralnej materii. Alex jest przecież wrażliwym chłopcem, muzyka rządzi jego życiem, choć te rządy zaskakujące przynoszą skutki. Właściwie do przełomowego momentu terapii Alexa spektakl, mimo całej swej przykrej wymowy i zmetaforyzowanej brutalności, biegnie jak musical, świadomie robiony wbrew ideowym regułom gatunku. Brutalne bijatyki przeplatają się ze scenami z domu Alexa, który mieszka z zapatrzonymi w telewizor rodzicami. Ci, rzecz jasna, wolą nie wnikać zbyt głęboko w życie syna, bo tak jest przecież wygodniej. W tych scenach szczególnie mocno dochodzi do głosu dziwne, poetyckie rozchwianie języka. W wypowiedziach zarówno Alexa, jak jego matki górę bierze fraza biblijno-poetycka, tak silna, że czasami tłamsi nawet slang, którym mówi Alex. (...) W momencie uwięzienia Alexa pojawia się pytanie, które zdominuje drugą część spektaklu: "I co teraz, e?". Po raz pierwszy rzuca je kapelan (Zdzisław Kuźniar). To pytanie zamknie cały spektakl, powtórzone w ulubionym barze, w którym nic już jednak nie będzie takie samo jak na początku. Alex staje się, na własną prośbę, obiektem eksperymentu, terapii, która ma uczynić go niezdolnym do czynienia zła. Pozbawić możliwości wyboru, zlikwidować dylemat, jeśli Alex kiedykolwiek go miał. Teraz wszystko zacznie nakręcać się w drugą stronę. Podobnie jak na początku niezdolny do czynienia dobra, teraz główny bohater nie jest zdolny do czynienia zła. Jego człowieczeństwo pozostaje ułomne i ograniczone. Początkowo był człowiekiem wolnym, teraz został zniewolony. Kat stał się ofiarą i zgodnie ze schematem opowieści Burgessa spotka prześladowanych, by przyjąć ich zemstę. Zło mściwych ofiar staje się groteskowe. Alex jest pokazywany w wielkim teatrze. To teatr [???] l'italien, a jednak noszący wszelkie znamiona teatru anatomicznego, w którym dokonuje się ciekawej i pouczającej sekcji zwłok. W głębi sceny opada zasłona, a zza niej wyłania się ogromna widownia z trzema piętrami purpurowo wyściełanych lóż. Ten zapierający dech scenograficzny trick ujawnia też kolejny trop spektaklu. Alex - wywodzący się ze środowiska proletariackiego, z nienawiścią odnoszący się do intelektualistów - staje się aktorem w teatrze mieszczańskim. To dla burżuazyjnej nieczułości ma odegrać swoją resocjalizację, to burżujom ma udowodnić, że już jest niegroźny i można go wypuścić z więzienia, zamiast dalej łożyć na jego kosztowny pobyt za kratami. Alex zaczyna wyglądać na podwójną ofiarę mieszczańskiej hipokryzji. Wpierw nie otrzymał od społeczeństwa niczego, co mogłoby go zainteresować bardziej niż przemoc i łatwe zdobycze finansowe. Zwrócił na siebie uwagę dopiero dokonawszy morderstwa. Jako niezdolny do czynienia zła (nie z wyboru, lecz z powodu zakodowanej fizycznej niemożności wywołującej torsje) znowu przestanie budzić czyjekolwiek zainteresowanie. Zniknie, a w teatrze mieszczanie spokojnie będą bić brawo. Jedyną możliwą reakcją Alexa jest bezradny gniew, wściekłość, zemsta na najbardziej bezbronnym, bo ukrzyżowanym, któremu jeszcze raz można bezkarnie przebić dłonie gwoźdźmi. »

Piotr Gruszczyński, "Tygodnik Powszechny" nr 20, 15 maja 2005

"Jak rebeliant zostaje moralistą"

«Aleksa gra Eryk Lubos, który po legnickim "Made in Poland" Wojcieszka został bezapelacyjnie pierwszą twarzą nowej generacji polskich aktorów. Jego Alex goli sobie głowę na łyso i gania po scenie półnagi, szpanując taką rzeźbą torsu, że nawet Praksytelesa by zatkało. Jest powłoką, konstrukcją z mięśni i skóry, którą przykrywa pustkę. Owszem, cierpi, pożąda, odczuwa, ale tak jakoś powierzchniowo, pobieżnie. Ta maszynka do demolowania funkcjonuje w świecie, w którym łatwo coś zrobić, trudniej znieść tego konsekwencje. Alex to przykład współczesnej "mechanistycznej" moralności: klik jednym klawiszem i jesteśmy dobrzy. Nakręcamy sprężynkę w drugą stronę - i masz, i czynimy bliźnim zło. (...) Klata nie tyle powiada, że dobro jest silniejsze od zła, ile twierdzi, że nawet najfajniejsza przemoc kiedyś znuży człowieka. Jego zdegenerowany bohater zdobywa się na gest wyzwolenia, mówi: Koniec z tym. Chcę się zmienić! I reżyser mu wierzy. Otacza Aleksa religijnymi argumentami i prawdziwym, jakby pozaludzkim pięknem (operowe arie, slajdy z Chrystusem na krzyżu). I czeka, aż do bohatera dotrze sens jego szamotaniny, a potem cierpienia. Rzeczywistość u Klaty ma tylko dwa bieguny - biel i czerń, żadnych półcieni i szarości. Nie ma wyjścia, musimy wybrać. Bo jak naucza w spektaklu kapelan (porywający Zdzisław Kuźniar): "Dobroć bierze się z ludzkiego wnętrza. To kwestia wyboru. Kiedy człowiek nie może wybierać, to już nie jest ludzkie". W takiej interpretacji "Nakręcanej pomarańczy" zło to nasza gra wobec innych ludzi, taktyka obron na przed żarłoczną nicością. (...) Trochę teraz ponarzekam. Reżyser, owszem, pozwala Lubosowi mówić genialną Stillerowską frazą, ale ułomność tego języka nie zaraża scenicznego świata. Jest ciałem obcym, cytatem pośród pięknych obrazów, które nie tworzą wcale spójnej realności. Chuligańskie bitwy, jakie stacza Alex, jego gwałty i zbrodnie są tylko groteskowe. Klata bierze je w cudzysłów, stylizuje, rozmiękcza. Lubos wraz ze swoimi rywalami i ofiarami odtwarza w pantomimicznych etiudach choreografię zła. Wygląda to wprawdzie efektownie, ale trudno pozbyć się wrażenia, że reżyser popełnia błąd, nie strasząc nas i nie szantażując wizją przemocy. Bo wygimnastykowany Alex nie tyle przeraża (a powinien!), ile zaciekawia, jak rezerwiści w kolorowych chustach na dworcu kolejowym. Patrzysz z przyjemnością na ten folkor, dopóki ci w zęby nie dadzą. Kto wie, czy nie jest to jak dotąd najbardziej osobisty spektakl młodego reżysera. Nie przypadkiem z okładki programu patrzy na nas Eryk Lubos z irokezem Klaty na głowie. Dorastanie powieściowego Aleksa do dojrzałości byłoby więc także dojrzewaniem Klaty? Kiedy dowiedziałem się, że do adaptacji powieści Burgessa zabrał się właśnie ten reżyser rebeliant, byłem pewien, że z miejsca podpali jakiś Bogu ducha winny teatr i z ironicznym uśmiechem będzie piekł sobie na ogniu przyniesione z domu kiełbaski. Tymczasem nic z tego. Jan Klata rezygnuje z mówienia o Polsce wprost, tłumi wściekłość, zakłada garnitur 30-letniego moralisty. W samą porę? Bo kiedyś trzeba zacząć?»

Łukasz Drewniak, "Przekrój" nr 20, 12 maja

"Przemoc nasza powszednia"

«Jan Klata w swojej pasjonującej dyskusji ze współczesnym światem prędzej czy później musiał zderzyć się z powieścią Anthony'ego Burgessa rozsławioną przez film Stanleya Kubricka, którego polski tytuł brzmiał "Mechaniczna Pomarańcza". Wcześniejsze przedstawienia Klaty miały w tle główne pytanie "Nakręcanej pomarańczy" - skąd zło? Czy był to "Rewizor", rzecz o korupcji, czy "Lochy Watykanu", portret współczesnego nihilizmu, czy "Hamlet", opowieść o upadku elit politycznych, wszędzie u źródeł była kwestia: czy przemoc wynika z ludzkiej natury, czy jest efektem fałszywych wzorców kulturowych. (...) Wrocławski spektakl według powieści Burgessa miał wszelkie szanse, aby stać się wydarzeniem: społeczna pasja Klaty spotkała się tu z trafnie wybranym tekstem i brawurowym aktorstwem Eryka Lubosa, który ze swoim wyglądem boksera i wrażliwością poety jest idealnym odtwórcą głównego bohatera powieści, Alexa, przywódcy ulicznej bandy nastolatków. A jednak przedstawienie nie ma siły książki, która w nowym, podwójnym przekładzie Roberta Stillera nie brzmi wcale jak opowieść o utopijnym przyszłościowym społeczeństwie, ale jak reportaż z dzisiaj, chwilami nawet - z wczoraj. Stiller przetłumaczył sztuczny język Burgessa w dwóch wersjach: jedna oparta jest na zapożyczeniach i neologizmach z rosyjskiego, druga z angielskiego i amerykańskiego. Klata oparł spektakl właśnie na tej drugiej wersji, która staje się coraz bliższa językowi codziennemu Polaków, którzy robią zakupy w szopie, lukają przez okno, piją drynki i raczej nie czytają buksów. Reżyser nie poszedł jednak śladem odwołań do dzisiejszego polskiego społeczeństwa. Stworzył sztuczną, komiksową rzeczywistość, która równie dobrze może być Polską, co Szwajcarią. Jest to bliskie idei Burgessa, który zatarł w powieści geograficzne wskazówki (nazwy ulic są londyńskie, ale napis nad jedną z knajp - cyrylicą). Bohaterowie wrocławskiego spektaklu nie noszą więc dresów ani złotych bransolet "ludzi z miasta", ale obcisłe spodnie ze sportowymi nakolannikami, a od pasa w górę są nadzy. Stróże prawa w motocyklowych kaskach i skórzanych spodniach przypominają policjantów z fantastycznych filmów Piotra Szulkina, z kolei minister spraw wewnętrznych chodzi we fraku i cylindrze. Większa część akcji rozgrywa się za ogromnym oknem - witryną, gdzie jest futurystyczny bar i plastikowe mieszkania napadniętych przez bandę Alexa ofiar. Usunięcie wszelkich znaków, które umiejscowiłyby akcję, ma oczywiście sens głębszy: rozumiemy, że "Nakręcana pomarańcza" dzieje się w globalnej wiosce, w której wszyscy słuchają tej samej muzyki i ubierają się w te same ciuchy. Rzecz w tym, że globalna wioska Klaty pochodzi z przyszłości, tymczasem utopia Burgessa już dawno - podobnie jak "Rok 1984" Orwella - stała się utopią spełnioną. Nie tylko przeniesienie akcji w nigdzie i nigdy przeszkadza w utożsamieniu się z historią. Przeszkadza także sposób pokazania przemocy, która jest sprężyną opowieści. Klata zrezygnował z naturalizmu, i bardzo dobrze: nic nie jest tak fałszywe jak farba udająca krew. Ale jednocześnie nie znalazł dla przemocy symbolu na tyle wyraźnego, abyśmy poczuli jej przerażające działanie. Nocne wyczyny bohaterów przypominają walki wrestlingu, w których zawodnicy symulują mordercze ciosy, łamią sobie na niby kości i wyłamują stawy, w istocie nic sobie nie robiąc. W sekwencjach bójek biorą udział mimowie Pantomimy Wrocławskiej, co sprawia, że przemoc nabiera charakteru perfekcyjnie wykonanego ćwiczenia i gubi swą przerażającą siłę. Jest tylko gimnastyką. Tylko w jednym momencie staje się groźna: kiedy bandyci przed walką tańczą maoryski taniec wojenny, z wywalonymi językami, uderzając się w piersi i po nogach. Śmiech wtedy zamiera w gardle. Mimo licznych słabości "Nakręcana pomarańcza" to ważne przedstawienie, bo w wielu sugestywnych obrazach pokazuje bezsilność społeczeństwa wobec przemocy i zakłamanie instytucji powołanych do jej zwalczania. Bezsilni są rodzice Alexa, uwięzieni między monotonną pracą a telewizorem, bezsilny jest więzienny kapelan (świetny Zdzisław Kuźniar), bo wizja mąk piekielnych już nie działa, skoro piekło mamy na jawie. Nie potrafi rozwiązać problemu policja, która na przemoc odpowiada eskalacją przemocy, ani politycy, dla których walka z przemocą służy jedynie do walki wyborczej. Spektakl obala jeszcze jeden stereotyp na temat zła: że kultura czyni człowieka lepszym. Alex równie wielką miłością co przemoc darzy muzykę poważną, której jest koneserem, w tle gwałtów i bójek słychać operowe arie z Bizeta. Na pytanie - skąd zło? - Klata nie daje jednej odpowiedzi. Kieruje uwagę w stronę odpowiedzialności całego społeczeństwa: to przyzwolenie na kłamstwo i manipulację w życiu publicznym otwiera drogę przemocy. Warto poświęcić dwie godziny w teatrze tej kwestii, zwłaszcza teraz, kiedy politycy tyle mówią o konieczności moralnej odnowy.»

Roman Pawłowski, "Gazeta Wyborcza" nr 95, 25 kwietnia 2005

"Janulka i Alex"

«Wbrew oczekiwaniom, "Nakręcanej pomarańczy" Burgessa, wystawionej we Wrocławiu, Klata nie osadził w scenerii zdewastowanych bloków z osiedla na peryferiach jednego z polskich miast. Nie usiłował też rywalizować z kinem w epatowaniu okrucieństwem. Zainscenizował powieść Burgessa jako chrześcijański moralitet w konwencji opery. Na początku i na końcu oraz w kulminacyjnych momentach jego spektaklu rozbrzmiewają fragmenty oper, zwłaszcza "Carmen" Bizeta. Akty przemocy, jak starcie dwóch gangów, walka o dominację w grupie, napady i gwałty, odgrywane w rytmie muzyki rockowej - często z udziałem wrocławskich mimów - upodobniły się do baletu. Młodociany przestępca Alex, w przedstawieniu mający ogoloną głowę i obnażony tors, przemawia prymitywnym slangiem, lecz zarazem jest melomanem. Bynajmniej nie stanowi, jak w filmie Kubricka, ucieleśnienia perwersyjnego bestialstwa i estetyzmu. Pomimo brutalności i braku wyrzutów sumienia nie zatracił bowiem zdolności do dobrych uczynków. Klata redukował i zmieniał powieściowe epizody, tworząc dynamiczne widowisko. Sceny toczące się we wnętrzach ulokował w pomieszczeniu ze szklaną ścianą. Najczęściej jest ono barem, w którym Alex przesiaduje z Pete'em, Georgiem i Jołopem oraz dwiema staruszkami zapewniającymi im alibi. Mieszkanie Alexa jest miejscem spotkań z rodzicami wpatrzonymi w telewizor, rozmowy z opiekunem P.R. Deltoidem o źródłach zła szerzącego się wśród młodzieży oraz uwiedzenia dwóch dziewczyn poznanych w sklepie z płytami. Przekształca się ponadto w dom pisarza F. Alexandra, gdzie gang Alexa dokonuje zbiorowego gwałtu na jego żonie, wykonując pospiesznie kopulacyjne ruchy w odrażających maskach. Wreszcie staje się willą starej kobiety, poruszającej się na wózku inwalidzkim, ograbionej i zamordowanej przez czterech przestępców. Ów napad kończy się aresztowaniem opuszczonego przez wspólników Alexa i jego pobiciem przez policję. Z pobytu Alexa w więzieniu pominięty został mord w celi, a wyeksponowano nabożeństwo w kaplicy. Katolicki ksiądz pod świetlnym znakiem krzyża wygłasza kazanie o piekielnej karze. Więźniowie ustawieni w szeregu przesuwają się przez scenę tyłem, skandując wielokrotnie Chleb anielski jadamy rzadko/ Sprawiedliwość jest nierychliwa. Kapelan wprawdzie wysłuchuje w konfesjonale doniesienia Alexa na współwięźniów, ale nie jest, jak w powieści, pijakiem i karierowiczem. Gdyż wyłącznie duchowny przeciwstawia się pozbawianiu Alexa wolnej woli, umiejętności dokonywania wyboru między dobrem a złem. Alex, aby odzyskać wolność, zgadza się bowiem poddać terapii mającej zastąpić resocjalizację przestępców poprzez czynienie ich niezdolnymi do agresji. Projekcje filmów obrazujących przemoc w połączeniu ze środkiem farmakologicznym wywołują u Alexa ból całego organizmu. Nie oglądamy wraz z nim, jak w ekranizacji Kubricka, dokumentów zbrodni nazistowskich przy akompaniamencie IX Symfonii Beethovena. Unieruchomiony w fotelu Alex ma na uszach słuchawki, a na horyzoncie pojawiają się tylko elektroniczne zapisy zgrzytliwych dźwięków. W wyniku terapii Alex wydaje się idealnym chrześcijaninem, który uderzony w jeden policzek nadstawia oprawcy drugi, lecz jest istotą całkowicie bezwolną. Demonstracja rezultatów eksperymentu odbywa się w teatrze operowym z trzema kondygnacjami lóż, w których zasiadają pozostałe postacie. Alex zostaje poniżony, pobity, skopany i obsikany przez pokracznego mężczyznę. Potem wyznaje czystą miłość kobiecie wykonującej erotyczny taniec. Po wyjściu z więzienia Alex wyzbyty instynktu samozachowawczego natychmiast staje się bezbronną ofiarą. Z mieszkania rodziców wyrzuca go sublokator. Czytelnicy książek maltretują go na ulicy, mszcząc się za napad na jednego z nich przed laty. Podobnie Jołop, już jako policjant, z drugim funkcjonariuszem bije Alexa pałką, odreagowując doznane upokorzenia. Alex trafia znowu do domu F. Alexandra, związanego z opozycyjnymi intelektualistami. Postanawiają oni wykorzystać Alexa w walce o władzę, prezentując go jako ofiarę polityki rządu. Redagują mu oświadczenie i usiłują rozbić głowę maszyną do pisania. W powieści Alex wyskakuje przez okno zamknięty w mieszkaniu, nie mogąc słuchać klasycznej muzyki. Natomiast w spektaklu wspina się po lożach teatralnych po czym skacze w dół. W trakcie szpitalnej kuracji poddany zostaje testowi psychologicznemu mającemu potwierdzić odzyskanie przez niego normalnych reakcji. Ujawnia pragnienia, jakie wywołują w nim pokazywane za pomocą rzutnika fotografie. Kiedy ukazuje się "Ukrzyżowanie" Grunewalda Alex wyraża ochotę uczestniczenia w męczeniu Chrystusa. Dostawszy młotek, wbija gwoździe w dłonie na wizerunku Jezusa. Minister spraw wewnętrznych w cylindrze zapewnia Alexa, że zostanie otoczony opieką rządu. W epilogu Alex znów siedzi w barze, choć już z innymi chłopakami. Na ulicy spotyka jednak Pete'a z żoną i dzieckiem w wózku. Uprzytamnia sobie możliwość odmiennego życia. Postawiony więc zostaje przed wyborem jednej z dwóch dróg, nihilistycznej lub chrześcijańskiej, jak Lafcadio w zakończeniu "Lochów Watykanu" Gide'a, zrealizowanych w poprzednim sezonie przez Klatę. Nim kurtyna zasłania scenę, Alex zastyga w pozie bohatera opery, żegnany przez postacie, które usadowione w lożach machają dłońmi. Klata uruchomił ogromną machinę inscenizacyjną, która działa sprawnie, choć na premierze na skutek awarii lub ingerencji sił nadprzyrodzonych nie udało się pokazać pasji Jezusa. Drobne niekonsekwencje, w rodzaju anachronicznego Ministra, nie osłabiają przesłania adaptacji - zgodnie z intencją Burgessa -przypominającej o zdolności człowieka do wyborów moralnych w obliczu jego ubezwłasnowolnienia przez instytucje społeczeństwa masowego. Czyni je wiarygodnym przede wszystkim Eryk Lubos, który gra przeobrażenia Alexa, zmagając się z zawiłym językiem stworzonym przez Stillera na użytek przekładu powieści i wykonując karkołomne zadania choreograficzne.»

<p>Rafał Węgrzyniak, "Odra" nr 6, czerwiec 2005

"Horror szoł"

«Spektakl Klaty, niemal bez zarzutu pod względem warsztatowym, nie daje inspiracji do głębszych refleksji. Dlaczego? Jan Klata dał się zwieść językowi i obrazowości powieści Burgessa, a w konsekwencji z łatwością pominął to, że Alex jednak czasem myśli i czuje. Książkowy "horror szoł" Burgessa dał niezłe sceniczne obrazy i kilka dobrze zagranych ról, ale nic więcej poza rozrywką. Dobra jest rola Alexa w wykonaniu Eryka Lubosa. Świetne są błogosławiące starowinki z baru za szybą (Łucja Burzyńska i Irena Dudzińska), których ciągle powtarzane słowa zapadają w pamięć. Interesujący efekt dało zaangażowanie mimów z Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Opracowany przez Maćka Prusaka ruch sceniczny nadal plastyczność licznym scenom przemocy. Przekonująca jest także rola księdza, w której obsadzono Zdzisława Kuźniara. W spektaklu doskonale widać, jak sztuczna jest przemiana Alexa: mechanizm działał, mechanizm został zatrzymany. Po obejrzeniu spektaklu Klaty: trochę się pośmiejemy, trochę zlękniemy, wyjdziemy i zapomnimy.»

Ilona Niebał-Buba,"Teatr" nr 4-6, 25 sierpnia 2005

"Artyści to nie anioły"

«Spektakl Klaty jawi się jako wyrafinowany estetycznie, acz niebezpieczny. Stężenie efektów dźwiękowych i wizualnych z migotaniem świateł i błyskawicznymi zmianami scen poddaje świadomość widza działaniom podprogowym, na granicy halucynacji. Stawia pytanie, jak daleko twórcy teatru wolno posunąć się w podporządkowaniu sobie widza? Czy wszystko da się wytłumaczyć potrzebą nieskrępowanej artystycznej ekspresji?»

Janusz R. Kowalczyk, "Rzeczpospolita" nr 240, 13 października 2005

"Alex frustrat"

«"Grajcie dalej" - krzyczała publiczność, kiedy wysiadł rzutnik i dr Brodzki vel a Ewelinę Paszkę-Lowitzsch zamurowało. Naciskała guzik, ale slajd z Chrystusem nie pojawiał się na ścianie. (...) Mimo paru potknięć, to bardzo sprawny reżysersko spektakl. Widać, że buntownik Klata rozwija się prawidłowo. Myślę, że futurystyczna wizja Burgessa sprzed 40 lat już się oswoiła, bo fikcję zastępują codziennie fakty w telewizji. Groteskowa scena gwałtu śmieszy. Przerazić może nas to, że śmieszy, zamiast przerażać. (...) W stosunku do oryginału spektakl powinien zmienić tytuł na "Wyciśniętą pomarańczę", bo parę ważnych w powieści elementów po drodze zgubił. Na przykład emocje, przerażenie, bezsilność i wiarę.»

Krzysztof Kucharski, "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska" nr 95, 25 kwietnia 2005)

Rozmowy o "Nakręcanej pomarańczy"

"Anglicyzowana pomarańcza"

«Małgorzata Matuszewska: Jak Pan odebrał spektakl Jana Klaty?
Robert Stiller, tłumacz "Nakręcanej pomarańczy" Anthony Burgessa: Jestem zachwycony. Kiedy pani Krystyna Meissner zapytała, czy zgodzę się na wystawienie "Pomarańczy", kazałem najpierw przysłać sobie adaptację. Okazała się tak znakomita, że nie miałem żadnych zastrzeżeń i z radością przyjąłem zamiar inscenizacji. To, co zobaczyłem na scenie, jest jeszcze lepsze niż ten tekst. Wzbogacono go niesłychanie środkami pantomimicznymi, zyskując bardzo ciekawy efekt drastyczności i brutalności bez użycia prymitywnych, pornograficznych chwytów. To mocniejsze niż najmocniejsza pornografia. W scenach bójek i walk nie ciekła krew, nikt nikomu ciosów nie zadawał, ale całość sprawiła dużo mocniejsze wrażenie niż np. film Kubricka, gdzie się rzeczywiście bili po mordach.»

"Gazeta Wyborcza - Wrocław" nr 95, 25 kwietnia

[1][2][3][4][5][6][7][8]