[1][2][3][4][5][6][7][8]

RECENZJE

"Fanta$y" w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku

"Słowacki w gdańskim blokowisku"

«Decyzja, aby sięgnąć po Juliusza Słowackiego, była aktem odwagi: jego twórczość po odzyskaniu wolności uroczyście złożono do grobu razem z dziełami innych romantyków. Na afiszu pozostała tylko lekturowa "Balladyna" traktowana jak narodowy hymn: nikt nie ma słuchu ani głosu, ale śpiewać trzeba. Inne sztuki Słowackiego: "Kordian", "Ksiądz Marek", "Sen srebrny Salomei" to zjawiska tak rzadkie, że należałoby je objąć ochroną jak ginące gatunki. Tymczasem Klata wyciągnął Słowackiego z trumny i pokazał, jak wiele ten XIX-wieczny poeta ma do powiedzenia o kondycji duchowej dzisiejszych Polaków. Uczynił to za pomocą "Fantazego" - nowoczesnej sztuki, w której na romantyczną analizę uczuć nakłada się bezlitosna obserwacja stosunków społecznych epoki wczesnego kapitalizmu. Głównym bohaterem dramatu jest... pół miliona złotych, za które młody hrabia Fantazy chce kupić córkę hrabiostwa Respektów. Te pieniądze są im potrzebne jak powietrze: ich majątek podupadł na skutek represji po powstaniu 1831 roku i teraz toną w długach. Dianna dumnie odrzuca jednak ofertę bogatego światowca. Kocha innego: Jana, patriotę i zesłańca, który cudownym zrządzeniem losu wraca z Syberii w mundurze rosyjskiego żołnierza, aby po raz ostatni zobaczyć się z ukochaną. (...) Klata przyzwyczaił nas do radykalnie uwspółcześnionych wersji klasycznych dramatów, ale to, co zrobił z "Fantazym", przeszło najśmielsze oczekiwania. Odrzucił wątek martyrologii, wydobywając temat pieniądza. Akcję z majątku na Podolu przeniósł na gdańskie blokowisko: scenograf Mirek Kaczmarek odtworzył na scenie obskurny blok oklejony reklamami, antenami i styropianem. Zubożała rodzina Respektów, która już tylko we wspomnieniu zachowała dwór i angielski ogród, mieszka w jednym z ciasnych mieszkań na parterze. Zgodnie z logiką epoki zmieniła się także narodowość Majora, przyjaciela Respektów z czasów zsyłki na Sybir. Rosyjski oficer stał się czarnoskórym żołnierzem US Army, którego gra pochodzący z Nigerii gdański muzyk Larry OK Ugwu. A zesłaniec Jan (Marcin Czarnik) został weteranem na wózku inwalidzkim jakby żywcem wyjętym z filmu "Urodzony 7 lipca". W tej sytuacji musiał się zmienić także tytuł: swojskiego "Fantazego" zastąpił anglojęzyczny "Fantasy". Dramat nie tylko przetrwał tę drastyczną operację, ale otworzył się na nowe problemy. Kontekst blokowiska wyostrzył ironię Słowackiego. Słowa Majora "wasz kraj ogrodem zdaje się" brzmią tu jak szyderstwo. Starania Respektów, aby w tych warunkach zachować godność, są tragikomiczne: Fantazego przyjmują na skwerze pod uschniętą akacją nazywaną szumnie "dębem Wernyhory", gości sadzają na ogrodowych krzesłach z plastiku i częstują herbatą z czajnika na grillu. Muszą się nieustannie użerać z sąsiadami, którzy puszczają muzykę na cały regulator i zagłuszają ćwiczenia Dianny na wiolonczeli. Klata wydobył tragizm sytuacji Respektów, którzy za wszelką cenę chcą się odbić od dna. Mariaż z Fantazym (Cezary Rybiński) to dla nich walka o życie: starego Respekta (Jerzy Gorzko) ścigają już windykatorzy długów, z jednego ze spotkań wraca bez kilku palców. Tym bardziej rozpaczliwa jest scena, w której Respektowa (Joanna Bogacka) demonstruje Fantazemu córkę z profilu i en face, jakby to był żywy towar. Świetnie pokazuje tę rozpaczliwą sytuację Eliza Borowska w roli Dianny: tragizm dziewczyny wystawionej na sprzedaż łączy z tęsknotą za lepszym światem, w jednej sekundzie dziwka, w drugiej - subtelna wiolonczelistka. (...) Przeniesiony we współczesność "Fantazy" stał się opowieścią o rozwarstwionym, skłóconym społeczeństwie, które zatraciło poczucie prawdziwych wartości. Na gdańskim blokowisku spotykają się dwie wizje Polski: z jednej strony Polska Fantazego i Idalii, zamożnych, młodych beneficjentów przemian, którzy bawią się życiem. Z drugiej strony jest Polska blokowiska, na którym egzystencja koncentruje się pomiędzy sklepem, lombardem i kolekturą totolotka. Między tymi dwoma światami żyją w zawieszeniu Respektowie. Ale ta wybitna inscenizacja nie redukuje Słowackiego jedynie do tematu pieniądza. Jest jeszcze jedna płaszczyzna, na której rozgrywa się dramat - to obszar narodowych mitów. Klata konfrontuje nas z mitologią romantyzmu i naszą przeszłością. Zderza siermiężną rzeczywistość blokowiska z wysublimowaną poezją Słowackiego, która w tym otoczeniu brzmi jak obcy, zapomniany język. Odwołania do wojny w Iraku konfrontuje z mitem "za wolność waszą i naszą". Ta konfrontacja przybiera czasem formę bluźnierczą, kiedy do pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino" jeden z żołnierzy zabawia się z żoną Rzecznickiego. Ale jest uzasadniona: jej celem jest dotarcie do polskich sumień. Jedynie finał rozczarowuje: Klata słusznie zmienił szczęśliwe zakończenie, które w tym świecie nie ma racji bytu. Zamiast śmierci Majora, pod wpływem której Fantazy ulegał duchowej przemianie, mamy dodaną przez reżysera scenę żałoby po Papieżu. Kiedy Fantazy z Idalią usiłują popełnić samobójstwo, w oknach bloków pojawiają się portrety papieskie z żałobnymi wstążkami, słychać dzwony. Klata nie zadaje jednak najważniejszego pytania: czy ta przemiana moralna była rzeczywiście tak szczera i głęboka, jak sądziliśmy jeszcze pół roku temu? Widowisko zbyt wcześnie ucina opadająca kurtyna. Ono ciągle trwa W naszych domach i naszych głowach.»

Roman Pawłowski, "Gazeta Wyborcza" nr 244, 20 października 2005

"Dał w pysk i poszedł"

«Biorąc się za tekst Słowackiego Jan Klata nie miał ambicji wystawić go pięknie. Chciał dać w pysk publiczności, jak Diana duszy Fantazego. A kiedy już reżyser zwymiotuje swoją niechęć, zostawia publiczność z pustymi rękami, bez finałowego odkupienia, jakie proponował Słowacki. "Fantasy" to chyba najbardziej gwałtowne przedstawienie Klaty. Trwa zaledwie godzinę i dwadzieścia minut i przypomina strukturą nalot dywanowy na pretensje i rojenia tak zwanej polskiej inteligencji. Tak zwanej, bo jej socjologiczne istnienie jest coraz bardziej nieoczywiste. W tytule zabieg, który sprawia, że spektakl od razu kręci się wokół pieniędzy i uwalnia się od powinności wobec tekstu. Reżyser dodaje Słowackiemu wulgarne blokowe awantury i teksty piosenek, bardzo różnych. Już na czerwonoliterowym wyświetlaczu nad wejściem do teatru przewija się tekst przeboju Madonny: "cause we are living in a material world and I am a material girl". Zamiast podolskich salonów i posiadłości na scenie fasada bloku, z czasów późnogomułkowskich, bo z drzwiami balkonowymi nieprowadzącymi na balkon, tylko zamkniętymi balkonową balustradą. Blok w sposób niemiłosierny zdegradowany. Na każdym z nibybalkonów fantazja lokatorska złożona z anten, niepotrzebnych szmat i suszącego się prania. Drzwi wejściowe inne w każdym mieszkaniu. Trwa ocieplanie bloku styropianowymi płytami. Na podwórku kontener na śmieci, trzepak i zdechły trawnik otoczony cementowymi donicami, z których wystają liche bratki. Dwa uschnięte drzewa. Jarzębina (?) stanowi główny element rzekomego angielskiego ogrodu Respektów. Ci mieszkają na parterze. Respektowa (Joanna Bogacka) chodzi w nienagannej ciemnej garsonce, próbując nie zauważać, w jakim znalazła się otoczeniu. Hrabia Respekt (Jerzy Gorzko) strojem przypomina gimnazjalnego nauczyciela. Przedstawienie zaczyna się od brutalnej awantury. Sąsiedzi z pierwszego piętra, jakieś lekko zdresiałe chamstwo, puszczają sobie Madonnę, tak głośno, jak się da. Grzeczne zwrócenie uwagi przez Respektów prowokuje lawinę wulgarnych bluźnierstw i epitetów, z których jedynie "siwy wałach", rzucony pod adresem Respekta, nadaje się do zacytowania. Mężczyzna wyrzuca przez okno niedopałek, który Respektowa podnosi i pieczołowicie wyrzuca do kontenera na śmieci. Na początku Respektowie zajmują pozycję skrzywdzonych i poniżonych. Ale na krótko. Szybko okaże się bowiem, że Respektowa jest pretensjonalną prowincjuszką, która za wszelką cenę stara się udawać kogoś innego. Karmi się duchowym życiem ponad stan, które staje się groteskowe i żałosne. Respekt z kolei żyje w swoistym złotym trójkącie podwórka, pomiędzy mieszkaniem, lombardem i kolekturą totolotka. Kiedy zanosi do lombardu stary ścienny zegar, natychmiast z pieniędzmi idzie zagrać w lotto. Zresztą wywieszony na kolekturze plakat zawiadamia o kumulacji w szczęśliwym numerku, która wynosi pół miliona złotych. To kwota, o którą toczą się boje w tekście Słowackiego: tyle ma zapłacić za Dianę Fantazy. Właśnie, Diana (Eliza Borowska). Jej pierwsze pojawienie się na scenie, w drzwiach upiornego mieszkanka, jest jak początek burzy. Diana chodzi na lekko usztywnionych nogach, z biodrami podanymi do przodu. Gniewna, naładowana, zdeterminowana. Nie ma w sobie nic z poetycznej panny. Z jej gniewem będzie musiał zmierzyć się nijaki, bo nawet nie zblazowany Fantazy (Cezary Rybiński), snujący się po scenie w ciemnym garniturze z karykaturalnym pieskiem na rękach. Diana nie ma żadnych złudzeń co do swego położenia. W rozmowie z Fantazym, kiedy mówi: "Chce pan odwiedzić moją ptaszkarnię?...", rozkłada nogi. Rzecznicki (Grzegorz Gzyl) nosi się z wdziękiem artystowskiego nuworysza i z takim samym wdziękiem traktuje swą azjatycką małżonkę (Kim). Idalia (Marta Kalmus) ubrana jest w miejską wersję stroju do jazdy konnej. A Major (Larry Ok. Ugwu) i Jan (Marcin Czarnik) to komandosi w najnowszych specmundurach. Jan jeździ na wózku inwalidzkim. Na scenie pojawiają się także sąsiedzi Respektów, którzy wyglądając przez okna stają się świadkami ostrej odprawy, jaką daje Diana Fantazemu. W pewnym momencie w oknach pojawiają się sami mężczyźni, by podjąć pieśń rezerwistów intonowaną przez komandosów. Ohydne "Godzina piąta, minut trzydzieści..." jest jednym z ostatnich elementów jednoczących wspólnotę. Mężczyźni wyciągają swoje chusty rezerwistów i z zapamiętaniem ryczą samczy hymn. Są jeszcze dwaj goryle z jakiejś firmy windykującej długi, którzy obrzynają Respektowi palce piłą elektryczną. Właściwie nie ma w tym spektaklu ani jednej postaci, która ocaliłaby swoją szlachetność. Najbliższa tego jest Idalia, ale jej ekscentryczność, a właściwie wariactwo unieważniają jej poglądy, a poza tym przecież jej akcja, obliczona na finansowe wsparcie Jana, by mógł zostać zaakceptowany jako zięć przez Respekta, wynika z bardzo prostej przyczyny: Idalia nie chce, żeby Fantazy ożenił się z Dianą. Jan utracił niewinność na wojnie. Zupełnie inaczej wyglądał w scenie retrospektywnej, kiedy obdarował Dianę różami. To zresztą bardzo piękna frenetyczna scena, utopiona w czerwonym świetle i arabsko brzmiącej muzyce. Rzecznickiej nawet nie trzeba było porywać. Sama chętnie rzuciła się w ramiona jurnych i wyposzczonych żołnierzy. A Diana? Ta stała się ofiarą swoich rodziców. Nie udało się jej zachować szlachetności w opresji, w jaką popadła, będąc jedynym towarem, którym mogą handlować jej rodzice. Spektakl "Fantasy" jest szybki i brutalny. Zaprzecza wszelkim wyobrażeniom na temat realizacji romantycznego tekstu. Obliczony jest na błyskawiczne budowanie ostrych komunikatów przy pomocy jednoznacznych i prostych znaków. Mnóstwo w nim efektownych scen i pomysłów. Respektowie przesiadują nieruchomo, upozowani razem z gośćmi wokół grilla, na którym gotują w czajniku wodę na herbatę (tę sławną polską herbatę, za którą tęskni się na Syberii). Fantazy wzywa Idalię na samobójczą randkę tak samo, jak jeden z bohaterów filmu "To właśnie miłość" składał wyznanie wybrance. Na wielkich planszach czarnymi literami Fantazy nabazgrał: "Schadzka ostatnia dusz naszych na ziemi dziś!". Rozpędzona wyobraźnia reżysera konsekwentnie odcina spektakl od możliwości łzawego przeprowadzenia tekstu. Klata jest ostry, może nawet niesprawiedliwy. Czasami szarżuje dosłownością. Kiedy mowa o "krzyżu umyślnie krzywym", który się zwalił z dachu bloku na scenę, spada niewielki krzyż, taki jaki stawia się na grobach żołnierzy. Jednak większość pomysłów współdziała z gorzkim odczytaniem tekstu. Jedna tylko rzecz pozostaje dla mnie niezrozumiała. Diana gotowa jest wyjść za Fantazego z troski o poddanych jej zadłużonego ojca - "Więc jeśli chaty te... jutro posłyszę, że krzyczą: Boże!". Kiedy wypowiada te słowa przed blokiem, nie do końca wiadomo, o co jej chodzi. Trudno uwierzyć, że tak bardzo identyfikuje się z mieszkańcami osiedla, choć ci słuchają jej w coraz większej ciszy i bezruchu. Może to skutek gorączki romantycznej, której Diana jako jedyna ulega? Rodzaj majaków wynikających z histerii? Paradoks spektaklu Klaty polega na tym, że pieniądze, wokół których kręci się cała intryga, właściwie nie stanowią problemu. Ma je przecież Idalia, Major wygrywa kumulację w szczęśliwym numerku i pali pieniądze tuż przed popełnieniem samobójstwa. Pieniądze więc są, mają je jak zwykle nie ci, którzy ich najbardziej potrzebują, ale przede wszystkim jest za późno, żeby utęskniona kwota mogła w prosty sposób naprawić świat, który rozpadł się o wiele bardziej, niż to sobie wyobraził Słowacki. Dlatego śmierć Majora, będąca w tekście dramatu ofiarą pozwalającą odkupić winy i przywrócić utracony porządek, u Klaty staje się zupełnie niepotrzebna. Jakim zresztą cudem w tym świecie odkupienie mogłoby pochodzić od kolorowego? Nie zobaczymy finału sztuki, który przywraca wiarę w ludzi. Spektakl kończy się sceną nieudanego samobójstwa Idalii i Fantazego, którzy wygłaszają swoje wzniosłe kwestie w czarnych workach na śmieci nałożonych na głowę i uszczelnionych taśmą. Romantyczni bohaterowie wybrali odrażającą metodę samobójczą. Scenę przerywa dochodzące z oddali bicie dzwonów. W oknach bloku mieszkańcy wystawiają portrety Jana Pawła II z żałobną opaską. Śmierć Papieża jest znakiem końca świata, a nie przeanielenia narodu. Nie wiemy, czy wywoła wstrząs moralny i zmianę postaw Polaków. Opada żelazna kurtyna i nie ma żadnej dyskusji na temat odmiany, odkupienia, przywrócenia hierarchii wartości. Klata nie wierzy w możliwość odnowy moralnej. Jutro rano w bloku zacznie się żyć po staremu.»

Piotr Gruszczyński, "Tygodnik Powszechny nr 45", 9 listopada 2005

"Klasyka w nowej wersji"

«Gdański spektakl przywraca twórczość Słowackiego polskiemu teatrowi. Pokazuje, co może znaczyć w czasach interwencji w Iraku, w realiach wielkomiejskich blokowisk z panoszącą się tam mafią Jan Klata, 32-latek z punkowym irokezem na głowie, jest bodaj jedynym młodym reżyserem, dla którego takie tematy, jak Polska i patriotyzm, są w teatrze ważniejsze niż importowana z Zachodu problematyka przemocy, seksu, narkotyków i mniejszości seksualnych. Dlatego nie daje mu spokoju pytanie, dlaczego Słowackiego, poety najważniejszego dla wielu pokoleń, nie czytają, nie mogą zrozumieć nawet inteligenci. A co dopiero konsumenci telenowel i tabloidów. Klata osadził "Fantazego" we współczesności. Zamiast XIX-wiecznego dworku zbudował na scenie gierkowski blok, oblepiony "miednicami" anten satelitarnych, z kolekturą toto-lotka, lombardem i spożywczakiem. Na początek jeden z blokersów serwuje taką wiązankę przekleństw, że jedynie hipokryci typu Respektów (Joanna Bogacka, Jerzy Gorzko) mogą wierzyć w mit Polski katolickiej, sielskiej i anielskiej. Zakłamani do szpiku kości, udają ludzi z wyższych sfer, gdy są bankrutami. Kikut drzewka na spalonej trawie, gdzie grillują, nazywają podniośle angielskim ogrodem i dębem Wernyhory. Zrobią wszystko, by córka Dianna (Eliza Borowska), ćwicząca na wiolonczeli w cieniu śmietnika, wyszła za Fantazego (Cezary Rybiński). Muszą wszak spłacić półmilionowy dług, bo z gangsterami nie ma żartów: obcinają Respektowi palce piłą. Okrucieństwo naszych czasów poznajemy też, gdy z czarnoskórym Majorem (Larry Ugwu) przyjeżdża z Iraku na inwalidzkim wózku Jan (Marcin Czarnik). Poszedł na wojnę skuszony wysokim żołdem. Madonna śpiewa: "Żyjemy w materialnym świecie!". Polakami też rządzi pieniądz. Klata chciał przetłumaczyć Słowackiego na język współczesności i postąpił jak modny didżej, który zapomniane przez młodzież klasyczne przeboje remiksuje, gra z nowoczesnymi rytmami i aranżacjami. Dramat zmienił w musicalowy teledysk z dynamicznym baletem na wózkach inwalidzkich, śpiewaną przez mieszkańców wulgarną przyśpiewką rezerwistów oraz piosenką "Brothers In Arms" Dire Straits w lirycznej scenie Jana. Operuje żartobliwym kontrastem, szydzi z podniosłego romantycznego teatru. Gdy Idalia (Marta Kalmus) mówi, że wyszła z groty - hrabina wyczołgała się z kanału. Kiedy Jan nagle wstaje zwózka, rozumiemy, że w tym świecie udają nie tylko Respektowie. Największe zaskoczenie sprawia poezja Słowackiego. W ustach aktorów Wybrzeża zaczyna zachwycać. Naprawdę! Skrzy się od żartów, błyszczy ukrytą w wierszu ironią. Miałem olbrzymi apetyt na więcej. Tymczasem Klata pod koniec widowiska szkicuje sceny grubą, plakatową kreską. Zamiast dialogów proponuje muzykę, taniec, bombarduje mocnymi scenami: amerykański żołnierz kopuluje z nagą, skośnooką żoną Rzecznickiego, tańczą do "Czerwonych maków". Major, paląc marihuanę, strzela sobie w łeb. Przekaz jest czytelny: jeśli wyrzekniemy się własnej tradycji, popełnimy samobójstwo na raty. Szkoda, że chwilami podawany jest w nazbyt dosadnej formie, jakby życiowa prawda wykluczała język wielkiej sztuki. Z finałem trudno polemizować. Gdy w oknach blokowiska wywieszone zostają żałobne portrety papieża, Klata tragedią Słowackiego pokazuje, jak zakłamana jest nasza Polska.»

Jacek Cieślak, "Rzeczpospolita" nr 245, 19 października 2005

"Fantastyczny naleśnik"

«Będą go za ten spektakl poklepywać po plecach. Gratulować, jaki odważny, współczesny, dowcipny. Już poklepują. A ja mam wrażenie, że jego teatr zmierza w złym kierunku. Niepokoi łatwość, z jaką machnął "Fantasego". Nie chodzi o czas i metodę pracy, ale stopień reżyserskiej wnikliwości. Gdański "Fantasy" wygląda jak podręczny bryk, pospieszny skrót trzygodzinnego wybitnego spektaklu istniejącego tylko w głowie Klaty. Jan Klata to typ reżysera, który nie szuka, nie zadaje pytań. Po prostu zdaje relacje ze swoich życiowych przemyśleń. Wykłada, serwuje tezy, poucza jak kaznodzieja. I nie chce od nas żadnej odpowiedzi, bo ma już swoją. Bohaterowie Słowackiego nie ciekawią go ani trochę. Każdy z nich jest tylko pretekstem do zasygnalizowania jakiegoś problemu dnia codziennego. I tak hr. Respekt ciągnie za sobą temat nielegalnej rewindykacji długów, Jan - kwestię zasadności polskiej misji stabilizacyjnej w Iraku, Stelka uosabia postępujący cynizm nieletnich dziewczynek, Rzecznicki reprezentuje interesy ofiar puszczalskich narzeczonych. Sztubacka miłość Fantazego i Idalii zostaje skonfrontowana z katarktycznym wymiarem śmierci papieża. Szkoda aktorów. Nie wiadomo, dlaczego postaci kochają, umierają, gniją. Zamiast ról są strzępy, gesty i pozy. Marta Kalmus mogłaby być genialną Idalią, Joanna Bogacka - Respektową. O Elizie Borowskiej wypowiadającej słowo "posag" mógłbym napisać sonet lub oktawę. Ale nie napiszę. Klata obrabia Słowackiemu gołą intrygę, zapominając, że nie same zdarzenia są ważne, ale kto i jak o nich mówi. Ironię "Fantazego" zmienia w drwinę, grepsy, chichocik. Dodaje dzieci, seks i psy. Problem nie polega na uwspółcześnieniu realiów: że akcja dzieje się w bloku, Syberię zastąpił Irak, a zamiast poetyckiej frazy ze sceny słychać najpierw: "Ty pierdolony chuju...". Nie chodzi też o obowiązek wierności dramatowi. W końcu teatr jest jak ta Rzecznicka od Klaty: pójdzie pomiętolić się z każdym. Rzecz w tym, że spektakl nie ma drugiego dna i wywala wszystko kawa na ławę. Janek, zwolnij, przemyśl coś.»

Łukasz Drewniak, "Przekrój" nr 44, 27 października 2005

"Polski tygiel"

«Gdański falowiec to fenomen w skali światowej: ponad półtora kilometra długości, około 1700 mieszkań, przeszło 7 tysięcy lokatorów. Zły sen architekta, getto (...) symbol miejskiej biedy i społecznej degradacji. (...) Do gdańskiego falowca akcję dramatu Juliusza Słowackiego "Fantazy" przeniósł Jan Klata. W gigantycznym bloku zgromadził Klata tygiel osobowości polskich, sztukę przekornie nazwał "Fantasy", a tytuł uczynił jedną z wielu metafor tego przedstawienia. Dramat Słowackiego to opowieść o ludziach, którzy w obliczu problemów finansowych decydują się na sprzedaż własnej córki. O ludziach przyzwyczajonych do dostatniego, wygodnego życia, którzy nagle popadają w ubóstwo - A gwałtowne popadnięcie w niedostatek są czymś dużo mocniejszym niż notoryczna bieda - mówi Klata. - Ktoś, kto mieszkał w luksusowej willi, a dziś jest skazany na życie w postpeerelowskim blokowisku, musi być zdesperowany, a z takiej desperacji rodzą dramaty ludzkie oraz rewolucje. (...) W (...) "Fantasym" znowu jest efektownie, głośno i bardzo szybko. Szkolna lektura wystawiona la Klata bije po oczach, kopie w tyłek i wyśmiewa polskie przywary i słabości. (...) Przez pryzmat pieniędzy usiłuje się tu odczytywać miłość, przyjaźń, patriotyzm. Moralność, uczciwość, przyzwoitość - mają swoją cenę. I dobrze, bo to wprowadza w świat ład i porządek. A ten świat przecież daleki jest od doskonałości, szczególnie tu, w blokowcu. Polski blok kreuje Klata na małą ojczyznę: jest odrapany trzepak i rachityczne drzewka na podwórku, "Kurwa, ja pierdolę", wykrzyczane przez chama-sąsiada, osiedlowy sklepik spożywczy i nieortograficzne HWDP na ścianie falowca. Straszne, prawdziwe, zwyczajne? W XXI wieku córki nie sprzedaje się za pół miliona, a samobójstwa popełniają ci, których zjedzą kredyty, a nie romantyczni kochankowie. Polska, ojczyzna, bohaterstwo - to określenia ze szkolnych podręczników i kampanii wyborczych - na co dzień brzmią pusto i nijak. Walka za ojczyznę? A po co? Żeby skończyć tak, jak żołnierze u Klaty - na wózkach inwalidzkich. "Are you ready to die?" ("Jesteś gotowy umrzeć?") za swoją ojczyznę, pyta Klata. Bo co to za Polska, która forsą, a nie Szopenem, stoi ? "...cause we are living in a material world", wyśpiewuje Madonna, a pieniądze są w reklamie Lotto i w paczce, którą znajduje na śmietniku kloszard. Jan Klata bardzo agresywnie ingeruje oryginalny tekst dramatu: twierdzi, że nie trzyma się literek, a wierny pozostaje jedynie tematom. (...) Wycina spore fragmenty dramatu, rezygnuje z kilku drugoplanowych bohaterów i dodaje własne sceny. Wprowadza małe pieski, koalicyjnych żołnierzy na wózkach inwalidzkich i nagą Azjatkę. Na pierwszym planie dzieje się opowieść o ludziach, którzy chcą sprzedać córkę. Zapalone światła w oknach bloku to tysiące innych, prawdopodobnie tak samo przejmujących historii. W oknach falowca cały czas pulsuje prawdziwe życie: widać cienie mieszkających tam ludzi, jest papież na szybie i stare alufelgi na baloknie. Dramat Słowackiego wydaje się być pretekstem, żeby pokazać Polskę prawdziwą i zwykłych ludzi, takich którzy kochają na śmierć i życie, walczą za wuja Sama i niosą stary zegar do osiedlowego lombardu. Podczas kampanii wyborczych żaden z polityków nie pofatygował się z wizytą na blokowisko, żeby poznać potężny anonimowy elektorat, w którym drzemią niesamowite namiętności, ale też wielkie zniechęcenie - życiem, Polską, polityką. Wizyty na blokowiskach nie należą do przyjemnych : można wdepnąć w psią kupę, albo zobaczyć swoje nazwisko na murze z dopisanym "to ch...". Ale warto - bo tam, a nie w kółku gospodyń wiejskich i prywatnych uczelniach ekonomicznych, zasadza się prawdziwa Polska i zwyczajne dramaty. Brawa dla Klaty, że je pokazuje. Brawa dla Teatru Wybrzeże, gdzie można je zobaczyć.»

Aleksandra Pielechaty, "Trybuna nr 250", 26 października 2005

"Rany Julek!"

«Nie wiem, jaki był powód sięgnięcia po dramat "Fantazy" Juliusza Słowackiego - poza tym, żeby było jajcarsko i skandalicznie. Reżyser Jan Klata okazał się bezradny wobec struktury dramatu, który rozlazł mu się w rękach, ale nic dziwnego, skoro amputował większość tematów i wątków. Po godzinie nie wiadomo, kto z kim i dlaczego. Czemu ginie Major? Czy zaćpał? Co jest powodem samobójstwa hrabiny Idalii i Fantazego? Jaką rolę pełnią żołnierze w mundurkach moro, jeżdżący na inwalidzkich wózkach? "Fantazy" stał się dla Klaty jedynie pretekstem, za pomocą którego chciał opowiedzieć o władzy pieniądza. Historię hrabiostwa Respektów, którzy aby załatać długi, gotowi są sprzedać córkę, przeniósł w czasy współczesne, do bloku, gdzieś na Zaspie między lombardem, totolotkiem a śmietnikiem. Respektowie udają, że nic się nie zmieniło. (...) W dramacie Słowackiego mamy trzy rodzaje ludzi: Respekt i Rzecznicki - źli i głupi, Idalia i Fantazy - mądrzy książkową mądrością i wreszcie Jan, Diana i Major - znający wyższe piękno. Tymczasem na scenie Teatru Wybrzeże oglądamy bohaterów serialu "Kiepscy". Wśród kabaretowych skeczy ginie gdzieś tekst Słowackiego - pełna subtelnego dowcipu i autoironii satyra na romantyzm. Zostaje trywialna opowieść. Słowacki został zniszczony a nowy wieszcz się nie narodził.»

Grażyna Antoniewicz, "Dziennik Bałtycki + Wieczór Wybrzeża" nr 243, 18 października

"Rzecz o bankrutach"

«Pewnie, że szkoda oryginalnego tekstu "Fantazego" (dramatu notabene przez poetę nieukończonego, za to z różnymi wariantowymi scenami; było więc co pruć...), ale gdy pierwszym przykazaniem jest wierność światu tu i teraz, wiele można wybaczyć. Nawet przemalowanie Majora, szlachetnego rosyjskiego oficera (ściśle biorąc - Czerkiesa w rosyjskiej służbie, szczegół dzisiaj nie bez znaczenia), na czarnoskórego, rubasznego Wuja Sama w mundurze. W końcu, do Ameryki ponoć dziś nam bliżej niż do Rosji... Do wybaczenie to tym bardziej, że choć Jan Klata pruje i fastryguje wątki sztuki tak, że nieznający tekstu widz może się w tym nie połapać, zasadniczej sprawie pozostaje wierny. "Fantazy" Słowackiego to rzecz o bankrutach: materialnych - hrabiostwie Respektach, i duchowych - parze kochanków, Idalii i Fantazego. Podobnie jest u Klaty, tyle że w "Fantasym" na bankrutów wychodzimy my wszyscy, Polacy Anno Domini 2005. Nie dlatego nawet, że Respektowie, zdegradowani inteligenci (inteligencki etos na dnie?), gotowi są wydać córkę w zamian za pół miliona. Nie dlatego, że ani jednej tu szlachetniejszej postaci (poza Idalią - no, ale to zakochana kobieta) i że wszystkie sprawy pomiędzy ludźmi sprowadzają się do jednego: spółkowania i pieniędzy. Najgorsze, że tej wspólnoty zamieszkującej jakieś upiorne blokowisko (sugestywna jak prasowe zdjęcie scenografia Mirosława Kaczmarka) nic już nie łączy. Mobilizującym ich "hymnem", który wyciąga lokatorów z mieszkań na balkony jest jedynie pijacka piosenka rezerwistów. "Polskość" to w tym spektaklu synonim nieudacznictwa, przegranej i sprostytuowania tego, co kiedyś było święte. By to nam rzucić w twarz, Klata nie waha się sceny orgietki z amerykańskimi marines podbić piosenką o czerwonych makach na Monte Cassino. W tej akurat scenie, mówiąc językiem jego przedstawień, reżyser przegiął i sam sobie odebrał wiarygodność. Taka drastyczność zmienia bowiem próbę powiedzenia czegoś naprawdę w zbiór teatralnych chwytów. »

Jarosław Zalesiński, "Dziennik Bałtycki + Wieczór Wybrzeża" nr 243, 18 października

"Fantazy na miarę XXI wieku"

«"Fantasy" Jana Klaty nie niesie wielkiego przesłania - podobnie jak utwór Słowackiego. Jednak jest to niezwykle sprawnie, nowocześnie, bezkompromisowo i szalenie efektownie opowiedziana historia. Kultura wysoka miesza się u Klaty z niską (wypowiedzi wierszem bohaterów przeplatane są niewyszukanymi dyskotekowymi przebojami); ogromne dekoracje i poszczególne sceny - niekiedy inscenizowane w dwóch lub trzech planach - zapierają dech w piersiach. Niektóre wątki dodane przez reżysera (na przykład żołnierze na wózkach inwalidzkich - w domyśle ofiary konfliktu w Iraku) nie przekonują, inne (jak zachowania sąsiadów Respektów) są wyjątkowo celną obserwacją. "Fantasy" nie jest z pewnością teatralnym arcydziełem. Ale mając do wyboru tradycyjnie zrealizowaną adaptację Słowackiego i widowisko Klaty, wybieram - bez chwili wahania - "Fantasy", a nie kolejnego "Fantazego".»

Mirosław Baran, "Gazeta Wyborcza - Trójmiasto" nr 243, 18 października

Rozmowy o "Fanta$ym"

"Patriota, rocznik 1973"

«Jacek Cieślak: Jaka będzie pana inscenizacja "Fantazego" Juliusza Słowackiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku?
Jan Klata: Jestem zafascynowany tym tekstem, bo jest niezwykle nowocześnie napisany. Można powiedzieć, że Słowacki widział świat w filmowych migawkach. Mnóstwo podróżował, był ciekaw życia, pracował w banku, grał na giełdzie, miał swoje czarne poniedziałki i chwalebne czwartki. Napisał dramat o pieniądzach, o tym, co robią z ludźmi, co się da kupić, a czego nie. Dziś prawie wszystko! A jednocześnie jest w nich coś szalonego, niemal mistycznego. Dlatego spektakl będzie się nazywał "Fantasy". W tle pojawi się kwestia patriotyczna, Syberia, zły Kałmuk i szlachetny Kałmuk. My i oni. (Rzeczpospolita z 2 czerwca 2005)»

"Mezalians miłości z pieniędzmi"

«Jacek Cieślak: Zamiast, jak Bóg przykazał, pokazać upadek polskiego majątku na Podolu, uznał pan, że lepiej przedstawić losy rodziny, która przyzwyczaiła się do życia w pięknej sopockiej willi, a teraz zmuszona jest do wegetacji w falowcu na gdańskim Przymorzu, gdzie roi się od blokersów i gangsterów. Dlaczego pozwala pan sobie na takie ingerencje w tekst?
Jan Klata: zaznaczam, że mój spektakl jest według dramatu Słowackiego, który nie nadał mu ostatecznej formy. Uznałem też, że pokazując zrujnowany polski dworek z krzywym płotem, wywołałbym w polskich sercach jedynie nostalgię. A nie o to chodzi.»

Jacek Cieślak, "Rzeczpospolita" nr 242, 15 października 2005

"Słowacki nie tylko dla brunetów"

«Grażyna Antoniewicz: Czy nie lepiej było napisać swoją sztukę? Przecież jest pan dramaturgiem.
Jan Klata: To nie jest tak, że my podchodzimy do tekstu skończonego od kropki do kropki i łamiemy go, niszczymy, zadajemy kłam autorowi i że lepiej byłoby napisać swój tekst. Oczywiście, że nie, bo to jest dramat fantastyczny i genialny. Ale też widzowie nie zobaczą od pierwszego wersu do ostatniego dramat Słowackiego. Próbowaliśmy tak robić. Kilka pierwszych prób nam to zajęło. Czytaliśmy każdy wers i okazywało się, paradoksalnie, że nadmiar słów przeszkadza, że lepiej jest czasem powiedzieć mniej, po to, żeby to, co mówimy lepiej wybrzmiało. Gdybyśmy mówili za dużo, sensu byłoby mniej.»

Grażyna Antoniewicz, "Dziennik Bałtycki + Wieczór Wybrzeża" nr 239, 13 października

[1][2][3][4][5][6][7][8]