O KLACIE

MÓWIĄ

Krystyna Meissner, dyrektor Teatru Współczesnego we Wrocławiu i Międzynarodowego Festiwalu Dialog-Wrocław

Najpierw usłyszałam o Janie Klacie jako autorze "Uśmiechu grejpruta" przygotowanym w ramach pierwszej EuroDramy we Wrocławiu. Poznałam Go po obejrzeniu wałbrzyskiego "Rewizora". Zaprosiłam ten spektakl na drugą edycję festiwalu Dialog-Wrocław w 2003 roku. Spodobał mi się Jego ostry, krytyczny stosunek do naszej rzeczywistości wyrażony w formie kpiny i ironii i namiętne zaangażowanie w tematykę społeczną przy jednoczesnym zachowaniu dystansu, który pozwalał na świadomy wybór konwencji teatralnej, często groteskowej. I to Jego poczucie humoru często niepokojące, bolesne... Zaproponowałam mu reżyserię w Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Tak powstały "Lochy Watykanu".

Cenię Jan Klatę i Jego teatr społeczny, bo to nie jest ani łatwe ani częste u reżyserów. Jest w teatrze bliższy Brechta niż Krystiana Lupy, swojego cenionego nauczyciela.

Jako reżyser jest pracowity, zdyscyplinowany i bezwzględny, bardzo uparty. Nie zależy mu na zdobyciu sympatii i ślepego zaufania u aktorów, ile na przekonaniu ich do swojej racji. Świetnie panuje nad całym zespołem, choć przyznaję, nie każdemu jest łatwo podporządkować się jego metodom pracy i wymaganiom. Często w swoich przedstawieniach posługuje się dużymi grupami nieprofesjonalistów jak np. w " ...córce Fizdejki" grupą bezrobotnych, czy w "Nakręcanej Pomarańczy" - dużą grupą statystów. Łatwo porozumiewa się z tymi ludźmi, uzyskuje posłuch i dyscyplinę, a czasami nawet gorącą sympatię.

Klata ma bardzo wyrazistą osobowość, preferencje artystyczne i zdecydowany światopogląd. Jest na pierwszy rzut oka bardzo pewny siebie i trudno przekonać go do zmiany zdania czy opinii. To nawet często irytuje jego rozmówców, taki brak elastyczności w rozmowie. Mam jednak wrażenie, że uważnie wsłuchuje się w przeciwne sobie opinie. I że one tam gdzieś głęboko w Nim pracują. To bez wątpienia bardzo inteligentny i bardzo wrażliwy człowiek, a ten czasem przesadnie zdecydowany sposób bycia, tak jak jego kurtki mundurowe, które nosi, czy wdzięczny irokez na głowie, to tylko maska ochronna, - nawet maska odstraszająca, przybrana dla ochrony ogromnej wrażliwości.

Piotr Kruszczyński, reżyser i dyrektor Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu

Pamiętam Klatę ze studiów - po korytarzach PWST chodził człowiek "niedzisiejszy", jakiś przedwojenny sztubak z ciężkim tornistrem własnego dziadka. Pamiętam też chwile, które zdecydowały o naszej wspólnej pracy w Teatrze im. Szaniawskiego: EuroDrama 2002. Wrocław, Rynek. Jemy żurek. Klata pięknie śpiewa mi "One Way Ticket" i "Daddy Cool". Mówi o portrecie Gierka w tle podczas imienin Horodniczego. Wspominamy Africa Simone. Nucimy sobie przebój "Ramaya". Klata zachwyca mnie swoją wizją "Rewizora" umieszczonego w słodkich latach 70-tych. Jedziemy do Wałbrzycha.

Joanna Biernacka, sekretarz I Konkursu Dramaturgicznego Teatru Polskiego we Wrocławiu, koordynator EuroDramy 2002, pracownik Wrocławskiego Teatru Współczesnego

Sztuka Jana Klaty "Uśmiech grejpruta" nie wygrała I Konkursu Dramaturgicznego, ale została zakwalifikowana jako materiał dla EuroDramy. Żaden z reżyserów nie miał jednak ochoty wziąć jej na warsztat. I wtedy zgłosił się sam autor. Nieustępliwy, zdeterminowany, jak gracz, który postawił wszystko na jedną kartę, momentami męczący. Wygrał. Ówczesny dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu i szef EuroDramy - Paweł Miśkiewicz włączył projekt Klaty do programu Forum.

Wtedy zjawił się osobiście. Dziwnie ostrzyżony, opancerzony quasi wojskowym płaszczem, prowokująco zaczepny. W miarę postępowania pracy nad spektaklem powoli topniał. Zaraził aktorów - młodych i starszych - gorączką pracy, którą miał w sobie i głodem teatru. Dawali mu się namówić na różne zwariowane pomysły. Na scenie - bez żadnego wynagrodzenia - znaleźli się tancerze, statyści, projekcje wideo i śpiewacy z Biłgoraja. Barokowy przesyt świata multimediów. Widownia reagowała skrajnie. Teatr ożył -uwierał, obrażał, nie pozwalał na obojętność. Po raz pierwszy od wielu lat widzowie demonstracyjnie wychodzili w trakcie spektaklu, a jednocześnie w głosowaniu publiczności, "Uśmiech grejpruta" o mały włos nie zajął pierwszego miejsca. Spektakl wszedł do repertuaru, i jeszcze długo po zdjęciu aktorzy walczyli o przywrócenie go na afisz.

Janek pracuje jak saper na polu minowym. Precyzyjnie wie czego chce, tak naprawdę można odnieść wrażenie, że już od dawna ma wszystko wymyślone, ponazywane, ustawione, że teraz tylko trzeba ten obraz z głowy przenieść na sceniczne deski.

Jego teatralny świat imponuje inscenizacyjnym rozmachem, błyskotliwością skojarzeń, zaangażowaniem w rzeczywistość. To bardzo oryginalny, "niepodrabialny" charakter teatralnego pisma. Zaczyna jednak męczyć jego przewidywalność, łopatologia aluzji, gruby jak w komiksie kontur i brak światłocienia. Bardzo mi się podobają niektóre pomysły Klaty, bolą, zaskakują, irytują. Ale całe spektakle rzadko mnie uwodzą. Wolę teatr subtelniejszy w środkach, z odcieniami i niedopowiedzeniami, osadzony w człowieku, relacjach, napięciach. Tego mi w Jego teatrze brakuje. Ale nie można mieć wszystkiego...

PISZĄ

Roman Pawłowski, krytyk teatralny

«Wprowadził do polskiego teatru ducha obywatelskiej odpowiedzialności, nieobecnego od 1989 roku. Usunięcie ze sceny tematyki politycznej było jednym z ubocznych skutków odbudowy instytucji demokratycznych, takich jak system parlamentarny i wolne media. To na trybunie sejmowej, w telewizyjnych studiach i na kolumnach gazet miały odbywać się odtąd publiczne debaty o państwie, natomiast miejscem dla wyrażania społecznych niepokojów została po dawnemu ulica. I chociaż zaufanie do instytucji demokratycznych zostało wkrótce podważone licznymi aferami, a emocjami ulicy zaczęli manipulować populiści, teatr poczuł się na zawsze zwolniony z obowiązków obywatelskich. Na palcach jednej ręki można dzisiaj policzyć twórców, którzy publicznie przyznają się do jakichkolwiek poglądów. Jeszcze mniej artystów wprowadza na scenę tematykę publiczną. Większość albo ukrywa swój światopogląd, albo go po prostu nie posiada.
Na tym tle Klata jest wyjątkowy: każde jego przedstawienie to światopoglądowa deklaracja. Od "Rewizora", który opowiadał o przeżartej korupcją, rozpasanej Polsce czasów Edwarda Gierka, przez "Hamleta", wystawionego w Stoczni Gdańskiej jako gorzki rozrachunek z mitem Solidarności aż po "Fantazego" - portret społeczeństwa rządzonego przez pieniądz - za kolejnymi spektaklami stoi pasja mierzenia się z najważniejszymi problemami epoki transformacji.
Zaangażowanie Klaty w sprawy publiczne jest tym bardziej nietypowe, że jego generacja na ogół dystansuje się od polityki. Urodzili się za późno, by kręcić korbą powielacza w konspiracyjnym mieszkaniu i pisać na murach "Precz z komuną", i za późno, by dać sobie założyć teczkę tajnego współpracownika. W 1989 roku byli za młodzi, aby wejść do struktur nowej władzy czy biznesu, zamiast budować kapitalizm, poszli na studia, obiecano im bowiem, że jeśli będą się dobrze uczyć, otrzymają przepustkę do nowej klasy średniej.»

"Notatnik Teatralny" nr 38, 2005

Rafał Węgrzyniak, krytyk teatralny

W przeciwieństwie do Lupy i jego uczniów nie wzdraga się (...) przed ukazywaniem i komentowaniem w teatrze rodzimej rzeczywistości. Paradoksalnie Klata, wywodzący się z inteligencji warszawskiej, wprowadził na scenę pozbawionych pracy górników z Wałbrzycha, gdy Jarzyna pochodzący z Górnego Śląska, wspominający niekiedy dziecięce zabawy na przykopalnianych haładach, skupił się na gorączkowym rytmie życia zamożnych mieszkańców metropolii. Ponadto Klata jest obdarzony temperamentem publicystycznym i ma zdecydowane poglądy na kwestie polityczne czy religijne. Należy więc do nielicznych młodych reżyserów usiłujących uprawiać teatr społeczny na przekór rozpowszechnionemu po 1989 roku przekonaniu, iż jest on zbędny w warunkach demokracji i kapitalizmu. Przy tym deklaruje się jako katolik i ma przekonania prawicowe. (...)
Spektakle Klaty wyłamują się z dominującego w mediach i sztuce dyskursu liberalno-lewicowego podporządkowanego regułom politycznej poprawności. Jako syn działacza Solidarności z początku lat osiemdziesiątych, pamiętający z dzieciństwa represje ze strony funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, nie zapomina o pontyfikacie Jana Pawła II i sierpniowej rewolcie. Nie przystaje do lansowanego przez dziennikarzy obrazu swej generacji jakoby całkowicie pozbawionej tożsamości i pamięci, odrzucającej tradycję narodową i kosmopolitycznej, ignorującej sprawy publiczne, skupionej na zarabianiu pieniędzy i karierze, poszukującej wyłącznie rozrywki i ekstremalnych doświadczeń. (...)
Klata mimowolnie obnażył oportunistyczny charakter postaw dominujących wśród młodych twórców kultury, w tym kontestacji pokolenia Rozmaitości w teatrze ograniczającej się w zasadzie do spraw estetycznych i obyczajowych. (Nie przypadkowo jedyną polską sztuką współczesną wystawioną w warszawskich Rozmaitościach pod kierownictwem Jarzyny były "Beztlenowce" Ingmara Villqista, jednoaktówka o parze homoseksualistów wychowujących dziecko, rozgrywająca się na dodatek w scenerii skandynawskiej).»

"Notatnik Teatralny" nr 38, 2005

Piotr Gruszczyński, krytyk teatralny

«Skąd w nim to jest? Nie chodzi o talent, którym został obdarzony naprawdę szczodrze, ale o niesamowicie silną potrzebę upominania się o najsłabszych i najuboższych. Gdyby robił to w Warszawie, można by posądzić go o koniunkturalizm. Ale w Wałbrzychu? I to jeszcze parę lat temu, kiedy nie był to ulubiony teatr stołecznych recenzentów poszukujących mocnych wrażeń? Jan Klata - szczerze po stronie skrzywdzonych i poniżonych. (...)
Można zapytać naiwnie z kim Klata prowadzi wojnę. Naiwnie, bo wrogowie są powszechnie znani. A jednak wśród rozpoznanych przeciwników jeden zdaje się zaskakujący, nie jest na pewno wspólnym celem rażenia młodego polskiego teatru. Trzeba go dobrze nazwać. Neoliberalizm? Może nie aż tak wysoko? Indyferentyzm? Bo nihilizm ze swą galaretowatą substancją nie nadaje się do tego, by zarzucić na niego teatralne sieci. A może po prostu społeczeństwo, o które walczy, tocząc wojnę z nim samym?
Nie da się pisać o Klacie i jego teatrze bez użycia słowa patriota. Wersji Polski, dla której mogłoby bić serce patriotów, jest tyle, że powiedzenie o kimś patriota niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Nie wiem, czy Klata kocha pejzaż ojczysty i muzykę Chopina oraz nieśmiertelne strofy wieszczów, ale to nie jest najważniejsze. Wiadomo na pewno, że opowiada się po stronie romantycznego mitu heroicznego. Drogie mu są ideały Solidarności, czego dał dowód, wystawiając "H." w stoczni. Przejmuje się losem tych, którym transformacja ustrojowa nie przyniosła poprawy życia, ale jest wrogo nastawiony do sentymentalizmu spod znaku "komuno wróć". W "Rewizorz" sformułował początki programu anarchistycznego, pokazując w finale korowód władców, w którym fotografia Mazowieckiego znalazła się w szeregu z Gierkiem i Jaruzelskim. Każda władza jest zła, bo ciemięży lub kłamie, a w najlepszym razie nie troszczy się o los zwykłych ludzi. Nienawidzi katolickiej obłudy i ludowej formy katolicyzmu, z którym rozprawił się w "Lochach Watykanu", pokazując jednocześnie kłopoty, jakie niesie za sobą rozmowa o religii na poziomie teologicznym bez odpowiedniego przygotowania. W "Nakręcanej pomarańczy" wyraził swoje głębokie zwątpienie w jednostkę i społeczeństwo, jakkolwiek to patetycznie brzmi. Robienie zła, jako pierwotna forma terroryzmu, nie jest metodą na życie, nie prowadzi też do pożądanego społecznego wstrząsu, który mógłby uzdrowić gnijącą burżuazyjno-artystowską strukturę elit, a w rezultacie wspiera manipulacyjne możliwości państwa podbudowanego strukturą policyjną. "...córka Fizdejki", jak na patriotę, jest spektaklem dziwnym, bo Klata zanegował w nim wartość i siłę tradycji historycznej: z jednej strony zwycięstwo pod Grunwaldem nad Krzyżakami nie nadaje się na powód do dumy współczesnego Polaka, z drugiej przedstawiciele Unii Europejskiej anektującej (tak to wygląda w przedstawieniu!) Polskę do wspólnoty są ich spadkobiercami, a Polaków do Unii wprowadzają w oświęcimskich pasiakach. Tu już właściwie można by krzyczeć, że patriotyzm Klaty jest mocno konserwatywny. Ale nawet jeśli tak, to jego postrzeganie dziejów wynika z tego, co się dzieje w Wałbrzychu. Obrazy zawarte w przedstawieniu "...córka Fizdejki" kreślone są z punktu widzenia bezrobotnych spacerujących po scenie z kolorowymi reklamówkami rozmaitych sieci handlowych. I z tego punktu widzenia świat wygląda zupełnie inaczej niż z Warszawy.»

"Notatnik Teatralny" nr 38, 2005

Jacek Sieradzki, krytyk teatralny

«Cechą wyróżniającą teatr Klaty jest pasja. Reżyser robi kolejne przedstawienia po to, by swoim widzom powiedzieć o nich samych coś istotnego i - najczęściej - niemiłego. O karmieniu się złudzeniami i wyidealizowanym obrazem młodości ("Rewizor") przeniesiony w czasy gierkowskie), o powierzchownej dewocji i duchowej tandecie ("Lochy Watykanu"), o pozorności zabijania zła przez poczciwe i niepoczciwe resocjalizacje ("Nakręcana pomarańcza"), o życiu wśród sloganów, medialnej paplaniny i zatupywanej sloganami beznadziei ("?córka Fizdejki"). Tworzy w gruncie rzeczy teatralne odpowiedniki plakatów albo rysunkowych komentarzy dobrych rysowników. Przedstawienia są dosadne, wyraziste i precyzyjnie nakierowane, nie ma w nich ani porcji poprawności politycznej, ani odbębnionego zaangażowania skrywającego obojętność. Nie ma tak częstego dziś w teatrze pochylania się nad skrzywdzonymi i poniżonymi z troską, która kamufluje czystą pychę i egocentryzm; nie ma ilustrowania gazetowych mądrości dla przypodobania się recenzentowi najpotężniejszej gazety w kraju. Jest autentyczna chęć dokopania się do bolących miejsc życia społecznego - i to bolących samego twórcę; wyczuwalny osobisty ton stanowi istotny składnik scenicznych wypowiedzi. A także ich alibi: bez niego łatwo byłoby zarzucić teatrowi Klaty a to koniunkturalizm, a to - wręcz - populizm.
Rzecz jasna, sama pasja nie stanowi o jakości dzieł scenicznych; toteż rezultaty prac młodego reżysera są nierówne. Czasami po prostu materia literacka wzięta za tworzywo nie do końca chce się dać ulepić (albo rozwalcować) w odpowiedni obrazek. Naprawdę nie ma sensu brać się za "Hamleta" tylko po to, by demonstrować niechęć do postsolidarnościowych elit politycznych (i więcej: nie ma sensu brać się za "Hamleta", kompletnie nie interesując się tytułowym bohaterem). Kontrast między tym, co niesie tekst, i tym, co niesie przedstawienie, będzie zawsze morderczy. Z drugiej strony jednak wałbrzyską inscenizację zapomnianej "Janulki, córki Fizdejki" można uznać wręcz za rewelatorską: Witkacy uwielbiał takie mocne, apsychologiczne plakaty, sięgające z premedytacją do tanich chwytów scenicznych i walące widza wprost w łeb społecznymi przemyśleniami. Nie wiem, czy mocno politycznie niepoprawna i bardzo - choćby jako prowokacja - cenna Witkacowska teza o flaczeniu potężnych indywidualności w rozkładowych sosach mdłej demokracji, znalazła kiedykolwiek lepszy sceniczny wyraz niż w sylwetce wałbrzyskiego Fizdejki wykreowanej przez Wiesława Cichego: kanciastego, plebejskiego giganta historii, jeszcze podtańcowującego narodowe hołubce, ale topniejącego z chwili na chwilę i zmieniającego się w zużytego manekina.
Nieszczęściem Klaty (całkowicie, rzecz jasna, przez niego samego niezawinionym), jest jego bezkonkurencyjność. W sensie literalnym: braku konkurencji i gdy idzie o zakres teatralnych zainteresowań, i o pasję. Dalibóg nie mówi on w swoich wściekłych plakatach samych słusznych i bezdyskusyjnych tez; chciałoby się, żeby ktoś z nim dyskusję - innymi spektaklami, innym widzeniem społecznych wad i klęsk - podjął. Niestety na wyimaginowanej szali stanowiącej ewentualną przeciwwagę można kłaść co najwyżej poczciwe obyczajówki, powierzchowne satyry, kabaretowe dowcipy tudzież melodramaty ubrane w szatki zaangażowanych wypowiedzi. O dyskusji, mówiąc górnolotnie, światopoglądowej w naszym dzisiejszym teatrze mowy raczej nie ma. Na dłuższą metę wyjdzie to bokiem samemu jedynowładcy mocno zagrożonemu - co paru nieco starszych kolegów dotknęło boleśnie - zagłaskaniem na śmierć właśnie z braku konkurentów do głaskania.»

"Notatnik Teatralny" nr 38, 2005

Maryla Zielińska, krytyk teatralny:

«Pojawił się reżyser, którego uwiera rzeczywistość, boli historia, denerwują rodacy. Nie interesuje go doraźność wypełniająca polskie sceny wraz z boomem na współczesną dramaturgię. Sięga po teksty klasyczne, poddaje je ostrej obróbce, mit konfrontuje z rzeczywistością.»

"Ozon" nr 1, 21 kwietnia 2005

KLATA O KLACIE

«Można, unikając banału mówić: a panie wszyscy politycy to są świnie, kradną (...) Można opowiadać o tym, że rzeczywiście politycy idą do władzy, żeby potem ją utrzymać, bo taki jest cel polityki tak naprawdę, a to co się opowiada o dobru publicznym jest czystą frazeologią. Można opowiadać o degrengoladzie pewnego mitu (...) z jakimi hasłami szliśmy do władzy, a jak je realizujemy. Można opowiadać, jak prawda wymyka się z obozu zwycięzców, to jest tak naprawdę smutny temat. Ale można opowiadać w sposób, który widza zafrapuje, bez sugerowania mu, co powinien zrobić. Że powinien wziąć butelkę, nałożyć gaśnicę i zabić policjanta na szczycie w Genui. Możemy też sprawić, żeby poszedł do wyborów. Może nie koniecznie, żeby wystartował w wyborach, ale żeby poszedł do wyborów i oddał swoją bojowniczą kartkę wyborczą do tej urny, która być może system wysadzi, albo go naprawi. Tak naprawdę uważam, że ostatecznym kryterium przy robieniu spektaklu nie jest to, jaki będzie miał wydźwięk polityczny czy społeczny, ale czy będzie dobry, interesujący. Czy będzie to rodzaj dzieła sztuki, które trwa przez 90, 120, czy 150 minut. »

Jakie poglądy polityczne ma polski teatr? - dyskusja z cyklu Rozmowy na parterze, Instytut Teatralny, Warszawa, styczeń 2005